Jak wygląda życie wśród dopalaczy i ćpunów

Reklama

Zastawialiście się kiedyś, jak wygląda życie od kuchni przy ulicy z dopalaczami? Życie mnie tak usadowiło, że od trzech lat mieszkam w takiej okolicy.


Ulice są pełne srebrnych papierków po ambrozji ćpunów, zniszczeni ludzie chodzący niczym zombie do "lokalu", aby dostać trochę boskiego pierwiastka. Niektórzy mają już początki paranoi; nie potrafią przejść 5 metrów bez oglądania się za siebie. Bez zębów, śmierdzący niczym piersi z kurczaka po 10 dniach od przeterminowania, w oczach widać pustkę, dłonie trzęsą się jak u rasowego alkoholika podczas delirki, mają problemy z mówieniem. Niektórzy to takie wraki, że ma się wrażenie, że jeszcze jedna działka i trafi do trumny.
Papierosy są towarem deficytowym, każdy rasowy ćpun pali fajki, a z racji tego, że paczka kosztuje prawie tyle co dopalacz, to wolą prosić o nie przechodniów. Jadąc na uczelnię kupowałem fajki w pobliskim kiosku. Ćpun mnie obczajał i podchodzi z zapytaniem, czy poczęstuje go fajką. Powiedziałem, że nie - gdybym miał każdego
częstować, to dziennie bym musiał oddawać pół paczki. Wk. urwił się niemiłosiernie i poszedł do jakiegoś chłopaka. Słyszę: "Patrz, ten frajer nie chciał mi dać fajki" - i wskazuje palcem na mnie.

Wprowadziłem się na "ośkę" mając 19 lat. Za dnia nic nie wskazywało na to, że jest to dzielnica patologiczna, a nocą strach jest wyjść bez pałki teleskopowej, paralizatora, gazu pieprzowego i armatki wodnej. Pierwszą historią jaką pamiętam to ta, gdy szukałem monopolowego 24/7 (prawilny student). Przechodząc przez pasy widzę, jak stoi Seba z dwoma Karynami. Standardowo - Karyny mierzą od góry do dołu, a Seba zagaduje. Mówi, że przyjechał do miasta na przepustce z poprawczaka i nie starczyło mu na bilet powrotny. Pomyślałem, że dobry matematyk. Powiedziałem, że sorry ziomek, ale nie mam. Seba do mnie z tekstem, że psiknie mi czymś w oczy i sam znajdzie. Zrobiłem twarz popier.doleńca niczym Joker i poszedłem dalej. Seba do mnie podbiega, łapie za ramię i mówi: "Ziomek, żartowałem". Z.ajebisty prank. Dwa dni później widziałem, jak wychodzi z "lokalu".

Ci ludzie (o ile można ich tak jeszcze nazywać) stracili wszelkie normy społeczne, nie wiedzą jak rozmawiać, są niczym zwierzęta kierujące się instynktem. Patrzą na każdego niczym wilk i analizują zagrożenie. Z racji tego, że mam dość "niewinną" buźkę, czasami mam wrażenie, jakbym na czole miał wielki napis "CARITAS". Standardem jest zaczepka "Ziomek, masz 2 złote?", "Ziomek, nabij mi dzidę", "Ziomek, masz fajkę?". Karyna kiedyś chciała, żebym oddał jej b-smarta z KFC, bo jest głodna - ojojoj, a na dopalacza ma. Za sponsora nie robię i mówię, że sam głodny jestem, to jej gach z tekstem: "Kobiecie nie dasz, jak jest głodna? Kim ty, ku.rwo, jesteś?". Mogłem zapytać się jego, kim on jest, skoro jego kobieta głodna chodzi. Wracam na mieszkanie z oranżadą (oczywiście czerwona), a po drugiej stronie ulicy Karyna krzyczy "Ej, ziomek, masz 2 złote?". Powiedziałem, że nie, to Karyna wpadła na pomysł, żebym jej "kopsnął to pićku".

Pewnego chłodnego wieczoru idę do znanej sieci sklepów czynnych do 23 i z drugiej strony ulicy ktoś do mnie krzyczy: "Ej, ziomek! Ej, ziomek!" - ignoruję go i idę dalej. Ćpun do mnie podbiega w futrze prawie do kostek - niczym Pimp Daddy - i zwraca się do mnie z prośbą, czy dam mu lufę (lufa jest to taka przezroczysta fajka służąca do palenia dopalaczy, w Stanach pali się z tego crack). Mówię, że sorry, ziom, ale nie palę - oddalił się w swoim kierunku. Wracam ze sklepu i podchodzi do mnie 2 Sebiksów, na oko 17 lat. Dialog wyglądał mniej więcej tak:

Ćpun 1: Ej, ziomek, weź nabij mi dzidę (dzida to lufka).
Ja: Ziomek, nie palę.
Ć1: A grudę dasz?
Ja: Mówię, że nie palę.
W tym momencie wkracza drugi kolega.
Ć2: Weź nabij dzidę.
Ć1: On nie pali, zostaw go.
Ć2: A mefedron chcesz zajebać?
Ja: Nie, dzięki.
Ć2: Czemu?
Ja: Bo nie mam potrzeby.

Chyba zrozumieli, że nie palę dopalaczy, jak nawet mefedronu nie chcę "za je.bać" w tak prestiżowym gronie.


Dzięki tej ulicy pierwszy raz w życiu siedziałem w "suce". Godzina 7:20 - idę na tramwaj, przeszedłem może 30 metrów. Podjeżdża "suka" na sygnale, wyskakuje dwóch policjantów i wrzucają mnie do środka. Policjanci od razu z tekstem: "Wiesz, czego szukamy", "Kręcisz się jak smród po gaciach". Przez 5 minut musiałem się tłumaczyć, że mieszkam w klatce obok i idę na uczelnię, jak pokazałem legitymację studencką, to zrobili minę jak kot s.rający na pustyni i mnie puścili. Nawet żadnego przepraszamy za pomyłkę nie usłyszałem. To, że mam kaptur nie oznacza jeszcze, że jestem patologicznym ćpunem i jak zwracam się do nich uprzejmie oraz grzecznie, to chyba wypada odwzajemnić szacunek, a nie traktować jak przestępcę.

"Lokal" jest wyposażony w stalowe drzwi z zasuwanym okienkiem pośrodku niczym w Alcatraz. Dopalacz kosztuje 20 srebrników, a kolejki czasami potrafią być po 4 osoby. Głównymi konsumentami są tak zwane "Sebiksy" i "Karyny", ale zdarzają się osoby w garniturach czy babcia poruszająca się za pomocą balkonika. Można zaobserwować każdą grupę społeczną. Taksówki kursują cały czas, zatrzymują się na chodniku, a ćpun szybko biegnie po dopalacza i wraca do taksy, aby policja nie przetrzepała.

Idę wieczorem do sklepu z płazem w logo. Na rogu zaczepia mnie ćpun i chce, abym mu dał dopalacza, bo widział jak wychodzę z "lokalu" (wychodziłem z klatki). Chwila namysłu z mojej strony i mówię mu "Szprechen sie dojcz?", on po polsku mówi, że nie i idzie za mną. Cały czas mówi "Mani, mani plz", a ja do niego "Niszt farszteje, ich habe kein gelt" - idzie tak za mną do sklepu. Wchodzę do środka i mówię do kasjerki "Dobry wieczór", obracam się, a ćpun za mną wchodzi. Na szczęście mnie nie usłyszał. Podchodzi do kasjerki i pyta się jej, czy ma jakieś drobne do oddania. Babeczka popatrzyła jak na de.bila i powiedziała, że nie. Zrobiłem zakupy i wychodzę, ćpun czekał na mnie pod sklepem i dalej mówi "Mani plz, mani", a ja dalej do niego "Niszt farszteje". Przechodzi obok jakaś grupka dziewczyn i pyta się ich, czy mówią po niemiecku. Zaprzeczyły, a on dalej powraca do swojej mantry "mani mani". Na rogu rzucił na odchodne: "Ale ty tępy, szwabie, jesteś".

Policja nie może zlikwidować dopalaczy, ponieważ substancje w nich zawarte nie znajdują się na liście substancji zakazanych, a jak mówi prawo: "co nie jest zakazane, jest legalne" - takim oto sposobem traci się dziesiątki, jak nie setki tysięcy na naloty, patrole policji, które są niemal 24/7. Policja jedyne co może zrobić to spisać i "przetrzepać" delikwenta. Swoją drogą to nawet policji nie chce się już tam stać i mają całkowitą wy.jeb.kę. Raz o 3 nad ranem widziałem, jak policjant spał za kierownicą. Podchodzę i pukam w szybę, policjant szybko zdjął czapkę z oczu, przetarł oczy i otwiera okno. Pytam się, czemu śpi na służbie. Usłyszałem, że nie, on nie śpi. Fotel odsunięty do tyłu, czapka na oczach i przymrużone oczy wcale nie wskazują na to, że spał. Inny dzień, palę fajkę w oknie i widzę, jak Sebiksy wysłały jednego do "lokalu" po dopa. Któryś krzyczy: "Psy! S.pierdalamy!" - 3 uciekło, a 1 idzie jak gdyby nigdy nic. Policja go dogania i pyta się: "A ty co, nie uciekasz?". Odpowiedział, że nie, to powiedzieli mu, żeby spier.dalał - i tak uczynił.

Historia znowu ze sklepu z płazem w logo. Stoję w kolejce, a przede mną wielki kafar (du.pa kłuta jak nic), cały ubrany w szlachetną odzież Polski Walczącej, a na piersi "nerka". Kupuje hot doga i idzie do drzwi - na zewnątrz był jego pies. Szybko zapłaciłem i chcę wyjść, ale nie mogę, bo kafar stoi w przejściu i mówi do psa, że zaraz będzie. Zwracam się do kafara, mówiąc "Sorry", kafar się odsuwa i odpowiada "Nie mówi się sorry, tylko przepraszam... albo sorki". Zlałem go i przeszedłem może 15 metrów, słyszę za plecami krzyk "P.edale ty!". Odwracam się, a on patrzy na mnie jakbym mu zabił matkę; cóż, pierwszy raz w życiu ktoś mnie nazwał "pedałem" za "sorry", a sam chce, aby mówić "sorki" - ciekawe, co jest bardziej "pedalskie".

Mieszkając na takiej "ośce" trzy lata w człowieku budzą się uśpione instynkty: idąc wieczorem wytężam słuch, czy nikt za mną nie biegnie, a w witrynach sklepów kątem oka patrzę, czy nikt za mną nie idzie. Taka dzielnica potrafi "zryć beret" mocniej niż niejeden kwas. W kieszeni zawsze trzymam gaz pieprzowy, najmocniejszy jaki można legalnie kupić. Swego czasu miałem też pałkę teleskopową, ale uznałem, że nie mam zamiaru płacić renty ćpunom, jak ich "niechcący" połamię w obronie koniecznej.

Godzina 23, na rogu widzę, jak typowy Seba zaczepia ludzi i prosi o pieniądze. Podchodzi do mnie i standardowo: "Ej, ziomek" - nie dałem mu dokończyć, bo wiedziałem co chce i powiedziałem, że nie mam. Seba się w,ku.rwił i krzyczy "Ej, Siwy! Siwy! On mówi, że nie ma, jak nie zapytałem się co". Okazało się, że Siwy to zalany prosiak o wzroście 190 cm. Siwy wepchał mnie do bramy i mówi "Co nie masz?". Zaczęła się przepychanka, on mnie, ja jego (są to zwierzęta, jak okaże się strach, to wykorzystają), gdzieś po 15 sekundach mocnego przepychania mnie zostawili, bo wiedzieli, że bez walki się nie poddam i jak byłem 20 metrów dalej, Siwy chciał mi rzucić kamieniem w głowę, a że ma grube palce, to nie trafił.

Godzina gdzieś 1 nad ranem, wchodzę na klatkę, a za mną wbiegają dwa Sebiksy w bluzach Żołnierzy Wyklętych - patrzę na nich i nie mogę uwierzyć - trzymają katany. Postanowiłem zrobić kardio na schodach, a oni gdzieś pojechali windą. Nie wtrącam się w ich porachunki.

Zima, wszyscy w puchowych kurtkach o poranku, a ja znowu na uczelnię. Widzę, jak idzie Karyna w legginsach i cienkiej bluzie, cała się trzęsie, aż zrobiło mi się jej szkoda. Przy piersi trzyma coś, co wygląda dla niej na bardzo ważne, podchodzę bliżej, a ona trzyma butelkę Soplicy i wchodzi do bramy - widać, że szykuje się gruby melanż o 7 rano.

Kolega jechał do Krakowa i wpadł do mnie na godzinę, 20 minut do odjazdu pociągu i się spieszymy. Na ulicy jakiś chłopak z już "wy.jeb.anymi" zębami zagaduje, gdzie są dopalacze. Tłumaczę mu, że tu i tu, w tych drzwiach. Chłopak mówi "Bo wiesz, ja nie biorę dopów, tylko napierdalam ćpunów" - wyjmuje teleskopa i dokańcza - "Ja ich tak na.pierdalam, że łamię bark". Kolega oczy jak 5 złotych i się pyta, co właśnie się tu o.dje.bało. Odpowiedziałem, że standard.

W nocy po ulicy chodzą same ćpuny, nie widać "normalnych" ludzi, większość po prostu boi się wychodzić. Jak w dzień ulica tętni życiem, tak w nocy wygląda jak miasto duchów, jedyne czego można uświadczyć, to bijących się patusów i Karyn krzyczących "Przestań! To dobry chłopak jest!". Nawet nie jestem w stanie zliczyć, ile razy rzucano się butelkami czy bito się w bramie.

Wracając od znajomego gdzieś o 4 nad ranem, będąc już 3 ulice od mieszkania, w przejściu dość uczęszczanym z racji tego, że łączy północ miasta z południem, słyszę, jak ktoś krzyczy: "K.urwa, nikt mi nie chce pomóc!!", "K.urwaaaaaaa!!", "Pomóżcie mi!!" - myślę, że jakaś akcja się dzieje i patusy się biją, będzie na co popatrzeć. Wracałem na dość mocnej "bombie" i 20 metrów przede mną widzę faceta leżącego na ziemi. Patrzę na niego, a on na mnie i mówi: "Na ch.uj się uśmiechasz?!?". Podchodzę do niego i wyciągam rękę, oczy robią "focus" i widzę, że facet leży we własnej żółci, ślinie, wymiocinach, a na twarzy ma jakiś trąd. Pierwsza myśl: "O ku.rwa, on może mieć wściekliznę, co jak mnie ugryzie?" - ale dalej stoję z wyciągniętą ręką. Ćpun nagle robi przewrót jak jakiś wieloryb nad taflą wody i krzyczy: "Kur.wa! Pomóżcie mi!" - zabrałem się i poszedłem dalej, a on krzyczy do mnie: "Co, ku.rwo, uciekasz?!?". Gdybym studiował psychologię, to doktorat mógłbym napisać.

Nie wiem, czy tekst jest dobry, jest to mój pierwszy w życiu, a z polskiego miałem zawsze 2, nigdy nie miałem daru lekkiego pióra, przez co tekst może być trochę "toporny", ale mam nadzieję, że w jakiś stopniu odzwierciedliłem panujący klimat. Jak nie poruszyłem jakichś kwestii, to pytajcie w komentarzach.

Autor: 
zulero
Źródło: 
joemonster.org

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Zaznacz:

Reklama