Rzecz o człowieku, który ratuje jeże

Reklama

śr., 03/11/2020 - 19:09 -- koscielniakk

Pan Witold nie potrafi być obojętny na krzywdę. Od przeszło sześciu lat ratuje jeże, tak zwyczajnie, z potrzeby serca. Bardzo niechętnie, ale ostatecznie zgodził się opowiedzieć nam o swojej niezwykłej działalności.

Trzeba mieć dużo odwagi w sercu, żeby pomagać innym. Z jednej strony człowiek zastanawia się czy sprosta, bo wie, że bierze na siebie ogromną odpowiedzialność za drugą istotę. Z drugiej zaś może okazać się niezrozumiany przez innych ludzi, nawet tych najbliższych, bo ci prędzej czy później i tak poddadzą ocenie jego działalność. Poza tym, by móc pomagać, trzeba często zrewidować swoje plany, trzeba poświęcić tak przecież cenny czas. Dla pana Witolda to nie jest przeszkoda.

Pierwszego jeża, Felusia, znalazł w 2013 roku. To od niego wszystko się zaczęło.

- Przyjechałem z pracy i zauważyłem małego jeżyka, który siedział sobie przy pryzmie kompostownika i coś wyjadał - wspomina mężczyzna.

- Pomyślałem - złapię go i pokażę dzieciakom. Okazało się jednak, że całe jego łapki były poklejone żywicą. Sam nie dałby sobie rady. Pojechaliśmy z nim do weterynarza. Gdy porozklejali jeżykowi łapki, przywieźliśmy go z powrotem do domu, a po jakimś czasie wypuściłem Felusia na wolność. Nie upłynęło wiele czasu, gdy znalazłem kolejnego, całego zakleszczonego jeża. Gdy go wyczyściłem z kleszczy (naliczyłem ich około 300), a zajęło mi to dwa dni po dwie godziny, wypuściłem go w świat. Nazwałem go Alex. Potem pojawił się jeszcze kilka razy u mnie w ogrodzie - dodaje pan Witold z uśmiechem.

Pana Witolda poznałam podczas jednej z akcji sprzątania naszej podkrakowskiej wsi ze śmieci, na którą wybrałam się ze swoją rodziną. Wyszedł do nas zainteresowany tym, co robimy, bo kręciliśmy się koło jego podwórka. Wyszedł z jeżem na rękach. Pokazał nam wówczas miejsce, gdzie one u niego zimują. Już wtedy wiedziałam, że będę chciała bliżej poznać tego człowieka i jego podopiecznych.

- Pierwsze jeże trzymałem w domu. Dla następnych zbudowałem już noclegownię w piwnicy i domki w ogrodzie, w moim zagajniczku.

Pan Witold czuł już zapewne, że na tym jego przygoda z jeżami się nie skończy. I słusznie, bo jak się okazało, to był dopiero początek.

 

Niezwykłe odkrycie

- Płacz trzeciego jeża usłyszałem, gdy schodziłem do garażu po samochód - opowiada pan Witold. - Kwilenie było tak głośne i przypominało raczej zranionego ptaka, wiec szukałem ptaka. Jednak gdy znalazłem źródło płaczu okazało się, że to zupełnie mały jeżyk. I co ciekawe, nie był sam.

Po pierwszym jeżu, którego pan Witek otoczył opieką, zaczął zdobywać wiedzę o tych zwierzętach. Wiedział już zatem, że jeden mały jeżyk to w przyrodzie rzadkość i trzeba szukać pozostałych członków stadka. Jest ich zwykle od dwóch do dziewięciu.

- Nad schodami do piwnicy mam ułożone deski i palety - tłumaczy. - Gdy podniosłem kawałek leżącej tam folii, ujrzałem pięć par wpatrujących się we mnie oczu. W rogu jednej z palet jeżynka przesiadywała ze swoimi małymi. Ten kwilący malec zwyczajnie wypadł z gniazda i nie mógł z powrotem wrócić do matki i rodzeństwa. Wtedy już ugięły się pode mną nogi, bo był przecież wrzesień i wiedziałem, że to późna pora dla takich malców. Uświadomiłem sobie, że nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zająć się tymi wszystkimi jeżami.

Jednak pan Witold nie wystraszył się zadania. Miał już przecież noclegownię, wiedzę i, przede wszystkim, dobre chęci.

- Wyjąłem z moimi dziećmi wszystkie małe jeże, tylko matka nie chciała nam dać się złapać, więc postanowiłem z synami pojechać z małym do weterynarza, bo bałem się, czy czegoś sobie nie zrobił spadając. Na szczęście okazało się, że jest cały i zdrowy. Gdy wróciliśmy, matki już nie było. Byłem załamany - wspomina.

- Następnego dnia sprawdziłem raz jeszcze gniazdo, w którym wcześniej przesiadywała z młodymi i jaka była moja radość, gdy wsadzając głęboko rękę między palety się ukułem. Był to znak, że wróciła. Z trudem wyciągnęliśmy ją z kryjówki. Niewiarygodne i piękne było to, jak małe cieszyły się na jej widok, gdy włożyliśmy ją do nich. Jak już trochę ochłonęła, wzięła jedno dziecko w pysk a pozostałe cztery szły za nią. Chciała się wyprowadzić. Wypuściliśmy je jednak dopiero na wiosnę następnego roku. Najpierw matkę - Kaśkę. Miała jedną niewładną łapkę, ale zasuwała na tych trzech pozostałych bardzo szybko. Potem wypuściliśmy dzieciaki, które już odkarmione musiały sobie poradzić w naturze. I poradziły. Widywałem je jeszcze przez pewien czas.

Na pytanie, czy dużo kosztuje leczenie jeży, pan Witold się uśmiecha i stwierdza, że ma sporo szczęścia w tej kwestii.

- Na początku faktycznie korzystałem z usług weterynarzy z lecznicy, która znajduje się najbliżej. W związku z tym, że moi podopieczni byli dość nietypowymi pacjentami, lekarze pobierali ode mnie naprawdę symboliczne kwoty za ich leczenie. Wykazywali się przy tym dużą empatią w stosunku do nich i udzielali profesjonalnej pomocy. Tak było do momentu, gdy zupełnie przypadkowo na zjeździe klasowym mojego liceum nie zgadałem się z kolegą, który jest weterynarzem. Zaproponował, bym z jeżami przyjeżdżał do niego. I tak się zaczęła nasza wieloletnia współpraca. Nigdy nie zapłaciłem u niego ani złotówki za jego fachową opiekę: leczenie, leki, zabiegi. Zatem, jak coś się dzieje jeżom, które do mnie zawitają, Bogusz je ratuje. Jestem mu za to ogromnie wdzięczny. Ja zapewniam jeżom wikt i opierunek, a Bogusz leczenie - tłumaczy z uśmiechem na ustach mężczyzna.

- Uratował życie prawie wszystkim moim jeżom. Niestety, zdarzyły się też takie sytuacje, że jeż trafił do mnie zbyt późno i nawet najbardziej profesjonalna pomoc Bogusza okazywała się nieskuteczna. Na szczęście to sytuacje bardzo sporadyczne - dodaje.

Jedno jest pewne, samemu byłoby mu dużo trudniej zagwarantować tym wdzięcznym stworzonkom kompleksową opiekę. Mimo to pan Witek nigdy nawet nie pomyślał ani o założeniu fundacji, ani o szukaniu w jednej z nich pomocy. Zajmuje się jeżami na miarę swoich własnych sił i na miarę potrzeb, bo to absolutnie mu wystarcza. 

 

Samo-namaszczania - niecodzienny jeży rytuał

Jest wiele mitów na temat tego, że jeże są nosicielami groźnych chorób. Bardzo szkodliwe dla jeży jest przekonanie, że przenoszą wściekliznę.

- To ma swoją podstawę, chociaż absolutnie nie jest zgodne z prawdą - tłumaczy pan Witek. - Gdy jeż znajdzie intrygujący go zapach, to albo go zlizuje, albo stara się go zgryźć. Wówczas wokół jego pyszczka pojawia się piana, którą próbuje przenieść na boki i tułów swojego ciała. Obsmarowuje się tą pianą przybierając śmieszne figury, często się przy tym wywraca. Wspaniały widok. To jest takie samo-namaszczenie się jeża i świadczy o tym, że przejmuje on zapach, który mu się spodobał. Co ciekawe, kolor pienistej śliny jest zawsze taki sam, jaki ma nowopoznany smak i zapach. Ludzie, niestety, często mylą tę wyjątkową umiejętność jeży fascynowania się nowym zapachem i smakiem ze wścieklizną - przekonuje opiekun jeży.

Doświadczenia pana Witolda pokazują, że również dość nietuzinkowe są upodobania tych stworzonek, co do zapachów.

- Kiedyś mój syn, Szymon, rysował coś kredkami i spadł mu rysik od jaskrawo zielonej kredki. Ile zabawy miał z nim jeż, który go znalazł. Później miał zieloną pianę wszędzie dookoła pyszczka. Inny jeż był niezwykle szczęśliwy, jak dorwał się do moich świeżo wypastowanych butów. Był bardzo uparty, gdy go od nich odwodziłem. Wielka radość spotyka też jeże, gdy znajdą gumę do żucia. Taplają się w niej, jak oszalałe. Opiekowałem się kiedyś jeżem, który uwielbiał zapach mojego dezodorantu, lizał a nawet podgryzał mi koszulkę, gdy tylko go wyczuł - wspomina mężczyzna.

 

Tak można uratować jeża

Okazuje się, że jeże wcale nie są zanadto chorowitym gatunkiem, a choroby, które je trawią nie są bardzo poważne, choć mogą skończyć się tragicznie, jeśli w porę nie zostanie udzielona im pomoc. Dlatego warto zwrócić uwagę na jeża, który jest trochę niemrawy i przechadza się za dnia. Nie jest to dla niego typowe zachowanie. Jeże żerują nocą. Wyjątek stanowi karmiąca jeżynka. Ona może pokazać się za dnia, jednak będzie raczej żwawo się poruszać. Jej, jak przekonuje pan Witold, absolutnie nie wolno ruszać, chyba że o kilka metrów, bo znajduje się w niebezpiecznym miejscu. Można również podsunąć jej ewentualnie wodę. Wszystkie jeże jej potrzebują, więc warto w ogródkach im ją wystawić.

- Tylko raz mi się zdarzyło, że jeż, którym się zajmowałem miał brodawczycę, chorobę zakaźną - opowiada opiekun jeży. - Oczywiście stworzonka te miewają pchły i kleszcze. Jednak pchły bytujące na jeżach nie przechodzą na człowieka i inne zwierzęta. Jeże miewają też, niestety, pasożyty takie jak kleszcze, ale także endopasożyty: tasiemce, nicienie. Zatem zawsze, zanim wypuszczam jeże na wolność, odrobaczam je. Kleszcze i pasożyty wewnętrzne to największe zagrożenie dla tych żyjątek. Jeże mogą chorować także na grzybicę lub świerzb - wtedy takiego jeża najlepiej dostarczyć do najbliższej fundacji - wymaga bowiem specjalistycznego leczenia.

- Poza jeżami do przezimowania, trafiają do mnie jeże po jakimś wypadku. Moje dzieci raz znalazły bardzo ranną jeżynkę, która chodziła po naszym ogródku. Miała rozbitą całą głowę, a na ranie siedziały już robaki. Przyszedł do mnie też kiedyś jeż Maciuś, który miał ranę, jakby go kosiarka ciachnęła. Był też Stasiu bez jednego oka. Wszystkie udało się uratować i puścić później wolno.

Jeże, jak przekonuje pan Witold, nie są też nazbyt wymagającymi podopiecznymi. Mężczyzna z wielką pasją w głosie opowiada o warunkach, jakie stara się im zapewnić.

- Jeże potrzebują przede wszystkim ciszy i spokoju. Tak jak już wcześniej wspominałem, w piwnicy mają wybudowany domek z wybiegiem. Zbudowałem im także domki na zewnątrz w lasku, który wraz z żoną posadziliśmy lata temu. Jeż, jak mu się taki domek wymości słomą, to i tak wymości go po swojemu. One donoszą sobie w pyszczkach liści i igliwia. Potrafią cały domek zapełnić w ten sposób. Co ciekawe, jeśli nie mają dostępu do ściółki, którą moszczą gniazda w naturze, to moszczą noclegownię kartkami, które wkładam im do wybiegu, by utrzymać czystość, jak się załatwią. Uwielbiają je. Potrafią przytargać do domku do 50 kartek jednej nocy. Robią sobie z nich legowisko. Trzeba powiedzieć jasno, że zdrowy jeż to niezły bajzel jest. Trzeba im zatem często sprzątać. 

Jeże są bardzo pożyteczne, gdyż żywią się najróżniejszymi owadami, płazami i gryzoniami. Przyczyniają  się  tym samym do  zmniejszenia ilości szkodników w otoczeniu człowieka. Jeże oczyszczają też środowisko zjadając nieżywe małe zwierzęta i ptaki oraz zaciekle niszczą potomstwo myszy i szczurów. Pan Witold też stara się zagwarantować swoim podopiecznym jak najlepsze menu, by pomóc przetrwać im najgorszy czas pod jego dachem.

- Jeże to drapieżniki, więc najlepszą karmą, jaką mogę dla nich zorganizować, są owady karmowe. Można je zakupić w sklepie zoologicznym. Najbardziej popularne są drewnojady i świerszcze. Swoje jeże karmię także sercami drobiowymi. Wcześnie mięso warto wymrozić, aby pozbyć się ewentualnych bakterii powodujących choroby. Jednak dieta jeży nie może opierać się tylko na tym, gdyż jest dla nich zbyt uboga i nie dostarcza wszystkich potrzebnych składników pokarmowych. Dlatego również dbam o suplementację.

- Jeże lubią także surowe jajka, choć nie pogardzą jajecznicą od czasu do czasu. Powinny jeść gotowaną marchewkę, ziarna słonecznika, orzeszki. Jeże to padlinożercy, więc jak któryś z moich trzech kotów upoluje mysz, to jeż ma ucztę i nie zostaje po niej nic. Jak kot zamęczy ptaszka, to po posiłku jeża zostaje z niego łapka, dzióbek i trochę pierza. Moi podopieczni dostają również kocią karmę, bo ona w miarę odpowiada zapotrzebowaniu jeży. Gorzej, jak zasmakują w ślimaku bez skorupy. One mają dużo pasożytów, a to może spowodować poważną chorobę u jeża, nawet zapalenie płuc.

 

Spotkanie człowieka z jeżem zawsze jest przyjemne, ale jeża z człowiekiem już niekoniecznie

Podczas całej naszej rozmowy towarzyszyły nam dwa jeże - Helenka i Krzyś. Z niesamowitą delikatnością i czułością pan Witold brał je na ręce, głaskał i przytulał. Nietrudno było odnieść wrażenie, że obie strony były z tego faktu niezwykle zadowolone.

- Staram się tego nie robić za często, ale trudno jest mi się oprzeć, żeby nie pogłaskać jeża. Tak naprawdę jeżowi wystarczy 15 minut, by poznać intencje człowieka: czy chce mu zrobić krzywdę, czy nie ma wrogich zamiarów. Jeśli okaże się to drugie, da mu się nawet głaskać i będzie się w niego wtulać, tak jak teraz Helenka w panią - tłumaczy przyrodnik. - Oczywiście jest tak tylko wtedy, jeśli leży to w naturze danego jeża, tak jak akurat leży w naturze Helenki. Jednak są też takie jeżyki, które zawsze będą podchodzić do ludzi sceptycznie, nie będą się angażować w relacje z nimi. Wie pani, że niektóre jeże mają łaskotki i choćby całe się schowały, gdy je połaskoczę z boku, tak jak Krzysia teraz, łapki im wychodzą i się otwierają - dodaje.

Nie mogłam się napatrzeć na tę relację: człowieka z dzikim zwierzątkiem. Nie mogłam też się nacieszyć faktem, że miałam okazję potrzymać na rękach jeża. Ich brzuszki są miękkie, sierść troszkę szorstka, ale przyjemna w dotyku, łapki bardzo delikatne. I ten ich zapach... Pachną trochę słomą, trochę trawą.

- To są bardzo inteligentne zwierzęta i wiedzą, że ja im nie zrobię krzywdy. Jeże, podobnie jak ludzie, mają bardzo różne charaktery, ale generalnie są mądre, choć są wśród nich też i takie trochę mniej rozgarnięte. Są jeże odważne, tchórzliwe, czyste, brudne, fleje, łakomczuchy. Jedne są szybkie, inne cenią sobie brak pośpiechu, są leniuchami. Miałem taką jeżynkę, którą moje dzieci nazywały "spiderką", bo biegała w kółko i zawsze w jedną stronę. Gdy ją któregoś razu obróciłem w drugą, to mnie ugryzła i pobiegła w swoją.

 

Każdy jeż jest kimś

Każdy jeż pana Witolda ma swoje imię. Mężczyzna od początku im je nadaję. Nie wyobraża sobie nawet ich nie nazywać. Nadaje im jednak tylko te imiona, które dobrze mu się kojarzą. Nie mógłby przecież, jak twierdzi, zrobić im krzywdy nadając znielubione bądź, jego zdaniem, brzydkie imię.

- Wczoraj jeże mi się pogryzły, bo przetrzymuję teraz takiego bardziej agresywnego. Usłyszałem, jak jeż płacze. Płacz jeża przypomina trochę płacz dziecka. Na szczęście nic takiego się nie stało, ale muszę odseparować Waldusia, agresora jednego. Niedługo będę mógł go wypuścić, bo nosek mu się już goi i kończę podawać mu antybiotyk. Miał jakąś infekcję, gdy go znalazłem - pyszczek miał cały zapluty, nosek w strupkach - wyjaśnia mój rozmówca. - Teraz wygląda już bardzo dobrze.

Zapytałam pana Witolda, kiedy i w jaki sposób należy pomóc tym małym, pożytecznym zwierzątkom.

- Wszystko zależy od tego, o jakiej porze roku spotkamy jeża. Jeśli jest luty i jeż się wybudził, to z pewnością jest bardzo głodny. Jeśli jest mały, trzeba go ogrzać. Można spróbować dać mu kociej karmy i wody. Nie wolno dawać mleka, chyba, że dla kociąt, bez laktozy. Można też zbudować mu domek, by tam przemieszkał do wiosny, bo jeśli jeż czuje temperaturę poniżej 10 stopni, to idzie spać. Jeśli jest w złym stanie, jest niemrawy i wychudzony, albo mały, najlepiej będzie wtedy zawieźć go do fundacji zajmującej się tymi zwierzętami, bo istnieją naprawdę niewielkie szanse, że sobie poradzi na wolności w takim stanie.

 

Rozstania bolą najbardziej

To rozstanie z uratowanym jeżem jest dla pana Witolda najtrudniejszym zadaniem. Przywiązuję się do nich. Nietrudno mu się dziwić.

- Kilka lat temu syn przyniósł mi późną wiosną maleńkiego jeża - wspomina. - Wojtkowi, bo tak mu dałem na imię, samochód zabił mamę. To był naprawdę bardzo mały jeż, wschodnioeuropejski (w Polsce występują jeszcze zachodnioeuropejskie), a one są z natury bardziej bojowe. Wojtek był naprawdę fajny - zadumał się mężczyzna. - Po tym, jak go już wypuściłem odkarmionego, widziałem go kilka razy, za każdym razem z inną jeżynką harcował i za każdym razem mnie poznawał. Po jakimś czasie Wojtek wrócił. Za głowę się złapałem, gdy go zobaczyłem, tyle miał kleszczy, prawdziwą hodowlę na sobie. Po tym, jak go odkleszczyłem i odrobaczyłem, wypuściłem go i już nigdy więcej się nie spotkaliśmy. Trudne są dla mnie te rozstania, ale taka kolej rzeczy. Niejednokrotnie łza się w oku kręci, ale trzeba pozwolić jeżom szukać ich jeżowego szczęścia.

Witold Śledziowski mieszka w Podłężu, jest z wykształcenia inżynierem mechanikiem, mężem i dumnym ojcem trzech synów, a z zamiłowania opiekunem jeży. Przezimował ich jak dotąd w ciągu przeszło sześciu lat, koło 80, zwykle od pięciu do dziewięciu w jednym sezonie. Nie liczy już tych, które uratował i wypuścił po ciężkim wypadku lub chorobie. Każdy miał swoje imię i zdjęcie zrobione na pamiątkę.  - W tym sezonie będę dziewiątą dziesiątkę otwierał - liczy z rozczuleniem w głosie ten niezwykły człowiek.

Autor: 
Magdalena Tyrała
Źródło: 
styl.pl
Dział: 
Polub Plportal.pl:

Reklama