Od 25 lat mieszkam w USA nielegalnie. Nie żałuję

Reklama

pon., 03/23/2020 - 20:06 -- koscielniakk

Wyjechałam do Stanów prawie 25 lat temu. Do dziś jestem tutaj nielegalnie. Nie założyłam rodziny, nie mam dzieci. Dwa razy miałam kupiony bilet do Polski i wysłane wszystkie rzeczy, ale zostałam. Czy żałuję? Nie, niczego nie żałuję - mówi Dominika, która mieszka w Chicago. Wyjeżdżając, nie myślała, że być może nigdy nie wróci do Polski.

  • Dominika wyjechała do USA w 1994 r., po maturze, przez pośrednika pracy, który szukał hostess; na miejscu zabrano jej i przyjaciółce paszporty i skierowano na badania ginekologiczne. Uciekły
  • W Stanach zafascynowała ją wolność. "Zrozumiałam, że nie chcę w życiu spinać tyłka o pierdoły. Nie chciałam, by kupno spodni było dla mnie wydarzeniem miesiąca. Dotarło do mnie, że nie chcę tak żyć. Dla mnie wolność to możliwość wyboru, której w Polsce nie miałam"
  • Opowiada: "Nie mogłam iść do pracy do korporacji, która zapłaciłaby za moją naukę. Nie miałam ubezpieczenia. Ofert zatrudnienia musiałam szukać w polskich gazetach, u Polaków. Zarabiałam 40 tys. dol. rocznie, podczas gdy osoby z legalnym pobytem za tę samą pracę otrzymywały nawet 70 tys."
  • Przez lata mieszkania w Stanach "wyzbywała się cech zakorzenionych w niej w Polsce: tego, że się gada, a tak naprawdę nic nie robi. Że pierwsi jesteśmy do marudzenia, do wytykania ludziom niedoskonałości, wtrącania się w ich życie, oceniania, skupiania się na innych, a nie na sobie"

W ramach naszej nowej kampanii "Prawda" przypominamy wybrane teksty Onetu, które wpłynęły na otaczającą nas rzeczywistość. W najbliższych miesiącach na stronie głównej Onet.pl będą prezentowane kolejne artykuły z serii #WybieramyPrawdę. Odwiedź stronę www.prawda.onet.pl.

1. Miałam 19 lat, zdaną maturę i brak pomysłu na to, co dalej zrobić ze swoim życiem. Nie dostałam się na wymarzoną wtedy psychologię. Postanowiłam rok przeczekać, iść do pracy, cokolwiek. To był pomysł mojej przyjaciółki. Wymyśliła, żebyśmy poleciały do Stanów, do pracy, na rok, odłożyłybyśmy sobie kasę na mieszkanie we Wrocławiu, gdzie chciałyśmy studiować. Ona znalazła pośrednika pracy, który szukał hostess. To był 1994 r. W Polsce jeszcze szaro i buro, a my miałyśmy lecieć do Miami, które znałam jedynie ze „Słonecznego patrolu” i Pameli Anderson biegnącej po plaży w czerwonym stroju. Takie było moje pojęcie Ameryki.

2. Poleciałyśmy ostatecznie na wizie tranzytowej. Właściwie do dziś nie wiem dlaczego, nie wiem też, czemu nikogo to nie zaniepokoiło, nie pamiętam, może łatwiej ją było wówczas załatwić. Zapewniano nas, że na miejscu wszystkie formalności zostaną dopełnione.

W Polsce nie było wtedy dostępnego internetu, telefonów komórkowych. Rodzice uważali nasz pomysł za szalony, a my nie miałyśmy kogo spytać, skąd się dowiedzieć, czy cała ta oferta pośrednika nie wygląda podejrzanie. Cóż, dwie młode laski, wizja pracy w Stanach, szłyśmy na żywioł.

Tylko że ten żywioł mógł się dla nas bardzo źle skończyć. Kiedy wylądowałyśmy w Miami, od razu zabrano nam paszporty, ulokowano w jakimś hostelu i powiedziano, że będziemy mieć badania ginekologiczne. Która z hostess miała robione takie badania? Przestraszyłyśmy się, na całe szczęście przyjaciółka miała wujka w Chicago. Zadzwoniła do niego, a gdy powiedziała, co się dzieje, kazał nam stamtąd uciekać. I tak, pod pozorem wyjścia na plażę, w klapkach, minispódniczkach, jedynie z ręcznikiem pod pachą, wzięłyśmy taksówkę i pojechałyśmy do hotelu prowadzonego przez Polaków. To w nim wujek zarezerwował i opłacił nam pokój.

Dwa dni później po nas przyjechał i zabrał do Chicago. Tak się to wszystko zaczęło.

3. Konsul odzyskał nasze paszporty. Firma zajmująca się pośrednictwem pracy została zamknięta. Wiem, że kilka osób aresztowano. Słyszałam też, że bliźniaczki, które przyleciały z Polski, zaginęły… Miałyśmy naprawdę sporo szczęścia.

4. Zachłysnęłam się Stanami. Okazało się, że mogłyśmy zostać maksymalnie na rok, miałyśmy open ticket. Zaczęłam pracować, najpierw jako opiekunka do dzieci, później w barze, w sklepie. Miałam 19 lat i poczucie, że mogę wszystko, że moje życie jest faktycznie w moich rękach. Zarabiałam 10 dol. na godzinę i za tę stawkę mogłam sobie kupić płytę CD. A w Polsce? Przez trzy miesiące załatwiania formalności wyjazdu do USA byłam na kuroniówce, za którą stać mnie było na dwie kasety i po pieniądzach.

Zapisałam się do szkoły, bo mój angielski nie był w Stanach rozumiany (śmiech). Chodziłam na lekcje tenisa. Zaczęłyśmy z koleżanką podróżować, zarabiać fajne pieniądze. Cały czas odkładałam w czasie powrót do Polski. Przyjaciółka po roku wróciła, a ja zostałam.

5. Dla mnie Stany były odkryciem. Były przede wszystkim wolnością, którą poczułam całą sobą. Pracowałam bardzo dużo. Na przykład w piątek od 8 do 17 pilnowałam dzieci. Na godz. 20 szłam do pracy do knajpy, z której wychodziłam o 3 nad ranem, a o godz. 10 w sobotę otwierałam sklep, w którym też pracowałam.

Byłam młoda, więc mój organizm szybko się regenerował. I dzisiaj może to wydać się głupie, ale wtedy dotarło do mnie, że pracując nawet jako opiekunka stać mnie na to, żeby kupić sobie martensy, markowe jeansy, discman.

W domu, w Polsce, niczego nam nie brakowało. Moja mama ma bardzo dobry zawód, dobrze zarabiała, ale mimo wszystko to, co w Stanach było dla mnie dostępne od ręki, w Polsce kosztowało fortunę. Żeby kupić sobie levisy, trzeba było odkładać pieniądze przez kilka tygodni. A tu – pracujesz, kupujesz. Co więcej – ja liceum kończyłam we Wrocławiu, wtedy patrzano, kto co ma ubrane, jakie buty, jakie ciuchy. Tu wszyscy mieli i mają na to wywalone. Możesz iść w levisach, a możesz w spodniach z lumpeksu. Dla nikogo nie ma do żadnego znaczenia, nikt nie postrzega drugiego przez pryzmat tego, co na sobie nosi.

6. Ta wolność mnie zafascynowała. Zrozumiałam, że nie chcę w życiu spinać tyłka o pierdoły. Nie chciałam, by kupno spodni było dla mnie wydarzeniem miesiąca. Dotarło do mnie, że nie chcę tak żyć. Dla mnie wolność to możliwość wyboru, której w Polsce nie miałam. Tu mogłam i mogę decydować, czy chcę wydać kasę na nową torebkę, czy lecieć do Nowego Meksyku czy zobaczyć Wielki Kanion.

Te 25 lat temu po raz pierwszy poczułam, że żyję tak, jak tego chcę. Uczę się dokonywać wyborów, podejmować decyzje, pracować.

7. Postawiłam na naukę. Większość pieniędzy, które zaczęłam zarabiać, inwestowałam w swoją edukację. Wiedziałam, że mając 20–25 lat mogę pracować w knajpach, ale co dalej? Co, gdy skończę 30? Kto mnie zatrudni bez wykształcenia?

Moje koleżanki kupowały torebki, samochody, a ja chodziłam do szkoły, robiłam jeden kurs, później drugi i kolejny. Było cholernie ciężko. Pamiętam swoją pierwszą pracę w biurze, miałam już wtedy opanowane podstawy księgowości i nigdy nie dostałam w tyłek tak, jak tam. Ale miałam chwile załamania, jak na przykład straciłam pracę, bo firma się rozpadła. Byłam przerażona, bez pracy, dokumentów, bliskich mi osób. Chciałam wracać, chciałam, żeby mama mnie przytuliła i powiedziała, że wszystko się ułoży. Chciałam, żeby przez chwilę ktoś zajął się mną, żebym nie musiała być taka dzielna.

Przyszedł też moment, kiedy zaczęłam się zastanawiać, co ja z tego życia mam, nie jestem szczęśliwa, może za bardzo się uparłam, może nie dam rady, może nie muszę walić wiecznie głową w mur i udawać silnej. Przez te lata pojawiały się wątpliwości. Pytałam samą siebie: czy nie robię sobie krzywdy, czy to, co robię, jest tego warte, czy może nie za bardzo się uparłam. A może ja się boję wrócić? A jeśli tak, to dlaczego?

Bilet do Polski kupiłam dwa razy. Dwa razy wysłałam wszystko do mamy. W wynajętym mieszkaniu została mi tylko szafka pod telewizor, telewizor, kanapa, ciuchy, które miały się zmieścić do walizki i dwa krzesełka turystyczne. Zostałam. Za pierwszym razem bałam się, że naprawdę już nigdy tutaj nie będę mogła wrócić, to mnie zatrzymało.

Za drugim dostałam ofertę pracy w firmie stworzonej przez Polaków, w której jestem do dzisiaj. Poszłam na rozmowę i stwierdziłam, że jeśli dostanę tyle kasy, ile mi obiecują, stać mnie będzie na skończenie studiów i dopiero wtedy wrócę. Studia skończyłam kilka lat temu.

8. Jak można żyć bez dokumentów w Stanach? Można, choć jest bardzo trudno. Nie mogłam iść do pracy do korporacji, która zapłaciłaby za moją naukę. Nie miałam ubezpieczenia. Ofert zatrudnienia musiałam szukać w polskich gazetach, u Polaków. Zarabiałam 40 tys. dol. rocznie, podczas gdy osoby z legalnym pobytem za tę samą pracę otrzymywały nawet 70 tys. Pewnie, gdybym dzisiaj miała wyjechać z Polski, decyzja nie byłaby tak prosta.

Czy żałuję? Nie, niczego nie żałuję.

Czy było ciężko? Tak, skur***sko ciężko.

Czy jestem dumna z siebie? Bardzo.

9. Mam w Chicago wielu znajomych Polaków. Koleżanki, które dla papierów wyszły za Amerykanów. Ja jestem za słaba w kłamaniu, nie potrafię, dlatego nigdy się na to nie pisałam. Była szansa uzyskać legalny pobyt podczas ogłoszenia tak zwanej małej amnestii. Złożyłam papiery, ale dałam się nabrać, jak wielu innych Polaków, na usługi pewnego znanego prawnika. Znanego z tego, że bardziej szkodzi, niż pomaga, kasując przy tym ogromne pieniądze. Moje dokumenty złożył za późno.

Choć i tak znowu miałam szczęście. W przypadku innych potrafił tak poprowadzić sprawę, że otrzymywali nakaz natychmiastowej deportacji. To są ludzkie tragedie. Rodzin, które mieszkają w Stanach, dzieci, które się tu rodzą, a których rodzice nagle muszą wyjechać z kraju i wrócić do Polski.

10. Polonia w Chicago? Wiem, że kiedyś w Polsce budowano jej bardzo negatywny obraz. Polacy są tu bardzo różni. Większość jest beznadziejna, ale nie wszyscy. Są ludzie na różnych poziomach wykształcenia, znam prawniczki pracujące w znanych kancelariach. Znam kobiety zatrudnione w polskiej ambasadzie, ludzi, którzy charytatywnie działają na rzecz Polaków tutaj. Ale też znam chłopaków, którzy kradną auta i sprzedają je na części, dokonują oszustw finansowych. Taki przekrój, jak w każdym innym społeczeństwie.

Boli mnie tylko, że wielu zwłaszcza na legalnym pobycie, jest tu bez aspiracji, bez chęci rozwoju, zainwestowania w siebie. To na nich skupia się niestety ten nasz polonijny obrazek.

11. Nie wiem, co dzieje się w Polsce. Już jakiś czas temu zupełnie z tego wypadłam. Przestałam czytać polskie gazety, słuchać wiadomości, bo tego nie rozumiem i nie chcę zrozumieć. Nie umiem się ustosunkować do tej mentalności.

Przez lata wyzbywałam się cech, które zakorzeniły się we mnie w Polsce. Tego, że się gada, a tak naprawdę nic nie robi. Że pierwsi jesteśmy do marudzenia, do wytykania ludziom niedoskonałości, wtrącania się w ich życie, oceniania, skupiania się na innych, a nie na sobie. Nie jesteśmy kompletni. Nie umiemy odmawiać. Nie wiem, jak jest teraz, ale za moich czasów, dziewczynki wychowywane były na matki Polki, których obowiązkiem było zadbać o szczęście i potrzeby innych, a nie o swoje.

Tu jest inaczej. Życie pokazało mi, że nikt się o ciebie nie będzie martwił, nikt o ciebie nie zadba, jeśli ty nie zrobisz tego sama, jeśli nie pokierujesz swoim życiem, jak ty chcesz. Oczywiście, że rodzina, przyjaciele są ważni, ale tu stawia się na jednostkę. Mówisz: jestem jaka jestem i koniec kropa. Istotny jest kult samoświadomości i samostanowienia. Nie miałam o tym pojęcia, dopóki tutaj nie dostałam ciężkiej lekcji życia.

12. Jest jeszcze jedno. Tu wiesz, że jak chcesz mieć dach nad głową i kawałek chleba z serem, to musisz na to zarobić, bo nikt ci tego nie da. System jest brutalny, ale daje szansę i nagradza tych, którzy ciężko pracują. W Polsce, jak się przewrócisz, zawsze ktoś poda ci rękę. Jak nie najbliżsi, to państwo ci da, więc nic nie musisz.

Ja mam tę satysfakcję, że na to, gdzie dzisiaj jestem, ciężko sama zapracowałam. Wiem, że do czegoś doszłam. Mam świetną pracę, w której jestem doceniana, która daje mi satysfakcję i dobre pieniądze. Mam spokój i wolność. Jak chcę odpocząć, patrzę na bilety lotnicze i mówię do swojego partnera: lecimy na cztery dni do Miami. I lecimy. Mało czym się przejmuję w codziennym życiu. Mam służbowy samochód, telefon, ubezpieczenie.

13. Najbliżsi? Jest kontakt telefoniczny, Skype, odwiedzają mnie co jakiś czas, ale przychodzi taki moment, w którym czujesz, że się oddalasz. Przez te wszystkie lata straciłam kontakt z Polską i polskością. Rozmawiając z najbliższymi, czasami nie wiem nawet, co powiedzieć, nie rozumiem ich problemów i oni to czują, co jest bardzo trudne. Z drugiej strony zawsze będę dumna z tego, że jestem Polką. Każdemu powtarzam, że wytrwałam tu i doszłam do miejsca, w którym jestem właśnie dlatego, że pochodzę z Polski.

Autor: 
Ewa Raczyńska
Źródło: 
Onet
Polub Plportal.pl:

Reklama