Żeby szkoła zaczęła uczyć…

Reklama

pt., 02/07/2020 - 23:34 -- koscielniakk

Godzina zaliczana i może do porannych, ale na dworze wciąż ciemno. Dzwoni budzik. Ręka odruchowo wyciąga się aby włączyć drzemkę. Jeszcze trochę snu, jeszcze, jeszcze! Wkrótce jest już za późno. Bez śniadania, wspominając z rozrzewnieniem czasy pół godziny temu, kiedy to jeszcze leżało się w łóżku, stawiasz się w szkole. Dwie matematyki, fizyka, geografia, polski, historia, religia, robótki ręczne, mandaryński, technika i do domu.

Minął kolejny dzień. Czego dzisiaj się nauczyłeś w szkole?

A, no właśnie!

Szkoła w życiu człowieka między mniej-więcej siódmym, a dziewiętnastym rokiem życia, stanowi kwestię tak oczywistą, jak oddychanie, czy jedzenie. Można się w niej pojawiać regularnie, każdego dnia dziesięć minut przed dzwonkiem albo wpadać okazjonalnie, na jedną czy dwie wyrwane z kontekstu lekcje. Gorliwi wypisują w niej już setny długopis, sporządzając skrupulatnie notatki, kiedy inni pożytkują ten czas na ciche przeglądanie Instagrama za piórnikiem. Ile ludzi, tyle sposobów na przejście tego niezbędnego procesu. Niezależnie jednak, czy należy się do grupy wiernych wyznawców, tych mających na bakier albo z kolei tych plasujących się po środku – szkoła usadowiła się już w umyśle każdego z uczniów i nieustannie postukuje w odpowiednie miejsca, by przypadkiem nie dać o sobie zapomnieć.

Fundamentalne pytanie – po co w ogóle jest ta szkoła? Banał! Szkoła jest żeby uczyć. Kształtować. Edukować. Rozwijać. Wychowywać nowe pokolenie ludzi światłych. Jakże szlachetnie to brzmi! Kto nie chciałby skorzystać z tej szansy, stania się mądrym, oczytanym człowiekiem dwudziestego pierwszego wieku i to – niemalże za darmo? Skoro oferuje się ludziom młodym tak wspaniały prezent, czemu na sam dźwięk słowa „szkoła” przez ich twarze przemyka grymas niezadowolenia, a modelowy, wykształcony uczeń dobrego liceum, często na pytanie o Lalkę nieśmiało mruknie, że to chyba coś Słowackiego…?

Przede wszystkim edukacja dzisiejsza nie jest po to żeby uczyć. Niezależnie od tego, co mówią wzniosłe statury i piękni ludzie, instytucje edukacyjne, z jakimi młode pokolenie styka się co dnia, nie są nastawione na rozwijanie wiedzy i pogłębianie mądrości wychowanków. Dzisiejsza szkoła to zespół kursów przygotowujących do zdania konkretnych egzaminów, z podniesioną do rangi niemalże mistycznej maturą na czele.

Schemat, schemat, więcej schematu! Uczeń musi znać kilkadziesiąt podstawowych faktów, a potem powinien ubrać je ładnie w odpowiedź, która zadowoli egzaminatora, porównującego jego pracę z bezlitosnym kluczem. Naładowany po brzegi program winien być na blaszkę wykuty. W ostateczności wszystko to i tak loteria – może trafisz w korzystne dla ciebie pytania, to się okaże. Jeżeli stres ukąsa cię zbyt boleśnie albo dostaniesz akurat pytanie o oświecenie, tę jedyną epokę, której nie możesz się nauczyć mimo trudów – przegrałeś. Game over, pożegnaj się z przyszłością, pożegnaj się ze studiami, pożegnaj się z dobrym imieniem!

W tym leży problem – że od samego początku nie umie się zbudować w uczniach pozytywnego podejścia do nauki. Mało kto uczy się, bo jest ciekawy tematu, czy dlatego, że ma w sobie pragnienie zdobywania wiedzy. Każdy szlaczek kreśli się dla oceny. Szóstka to największy skarb do zdobycia, a jedynka to upadek. Pierwsza klasa zdaje się być jeszcze przyjemnym preludium – potem dochodzi mnogość innych przedmiotów, z najprzeróżniejszych dziedzin. Tworzy się specjalista wszechstronny – czyli w rezultacie człowiek, który zna się na wszystkim i na niczym. Kilka tygodni po sprawdzianie, który wykuł na elegancką piątkę, będzie w stanie wystękać jeden wzór i niemrawo przywołać jakieś pojęcie.

A tu nawet nie chodzi o to, że ta ogólnokształcąca myśl jest już taka zła – chociaż faktycznie zmusza uczniów do ciągnięcia tysiąca srok za ogon. Przecież w sumie trzeba poznać wiele rzeczy, żeby dowiedzieć się, w czym jest się dobrym i co nas interesuje. Zgrzyt pojawia się wtedy, gdy dochodzi się do wniosku, że gruncie rzeczy coś nas zupełnie nie pociąga. Na zdrowy rozsądek – to zupełnie w porządku. Każdy ma coś swojego – jeden będzie świetnym matematykiem, inny dobrym muzykiem, taka jest kolej rzeczy. Naprzeciw wychodzi jednak rzeczywistość – rodzice, niezadowoleni z dwói, nauczyciel przekonany, że jego przedmiot jest najważniejszy i cała twoja klasa, która dostała co najmniej czwórki. Ocena, to twoja etykieta. Jeżeli trzymasz się na wysokim poziomie, jesteś hołubiony. Mówią o tobie na apelach, dostajesz świadectwo z czerwonym paskiem i książkę, której i tak nie przeczytasz. Jeżeli twoje oceny spadają poniżej pewnego poziomu, należysz to pewnego rodzaju marginesu. Gdy o tobie mówią, to tylko jako o antywzorze. I możesz sobie być najbardziej na świecie utalentowanym sportowcem albo najwspanialszym, wiernym przyjacielem – ale i tak będziesz gorszy , bo nie potrafisz doskoczyć do jakiegoś wymyślonego dawno temu numerka.

Dlaczego nikt nie powie uczniowi – to, że nie lubisz tego przedmiotu jest w porządku. Nie musisz umieć wszystkiego na sto procent. Oceny nie są najważniejsze. Nie potrzebujesz umieć wszystkiego. Rozwijaj się w tym w czym jesteś dobry? Nie, nakarmieni zewsząd stresem i ogromem obowiązków uczniowie mają skakać wciąż wyżej i wyżej, nawet jeżeli często nie wiedzą, po co – poza tym, by zdobyć cyferkę o jeden większą.

To dopiero początek ogromnego worka problemów polskiej szkoły. Można je mnożyć bez końca. Weźmy chociażby przeładowane klasy – trzydzieści skrajnych osobowości, o różnych zdolnościach. Między najlepszym, a najgorszym uczniem – przepaść. Jak więc ustalić tempo, gdy jeden będzie ledwie nadążał, a drugi usypiał, bo opanował materiał tydzień temu? Jak poświęcić każdemu uczniowi chociażby chwilkę, na indywidualną pomoc? Na chociażby krótką rozmowę, o tym jak się czuje, jak sobie radzi? Poza tym, dla skutecznej edukacji potrzebne jest zaufanie – tak, by każdy miał odwagę wypowiedzieć się na dany temat, czy zadać pytanie. W takiej grupie jest niemalże niemożliwe, aby taką atmosferę zbudować.

I jeszcze jedna sprawa – polskim szkołom potrzeba więcej rygoru. Zdrowej, konkretnej dyscypliny.

Nie chodzi mi tu w żadnym razie o bicie rózgą po rękach, czy powrót do krążenia w parach na korytarzu podczas przerw. Całym sercem jestem za uczniami i za tym, aby w szkole czuli się jak najlepiej i mieli jak największy wpływ na swoją edukację w każdym jej aspekcie. Żeby pytano ich, czy podoba im się praca szkoły, żeby dawano im głos, czego i jak chcą być uczeni.

Pragnę także, by uczono ich odpowiedzialności, co nie stanie się nigdy, jeżeli wciąż szkoły w tak wielu sprawach będą elastyczne. Jestem zwolennikiem jasnych zasad i stosowania się do nich. Chcę, aby w sytuacji, gdy nauczyciel zapowiada, że za nieprzyniesienie pracy domowej grozi jedynka, faktycznie te jedynki stawiał, a nie licytował się w nieskończoność z uczniami, którzy często nie zrobili jej jedynie przez własne lenistwo lub zapominalstwo. Oczywiście, człowieczeństwo powinno zostać na pierwszym miejscu i w szczególnych sytuacjach jak najbardziej wskazane są wyjątki. W obecnej sytuacji dochodzi jednak do paradoksów, w których to nauczyciel już niemalże błaga ucznia, aby zaczął się uczyć. Ciągnie go za rączkę, jak małe dziecko, gimnastykując się, by umożliwić mu promocję do następnej klasy, gdy ten nie wyciągnąwszy ręki z kieszeni nie powie nawet dziękuję. Jak w takiej sytuacji młody człowiek ma nauczyć się odpowiedzialności za swoje czyny? Kiedy wszystko mu się odpuszcza, kiedy idzie mu się nieustannie na rękę, kiedy nie musi już o nic zabiegać, bo wszyscy zabiegają za niego? On nie ma pojęcia, po co mu ta cała „nieprawdopodobnie ciężka” praca. A przecież, gdyby zobaczył naocznie skutki swojego opieszalstwa – dostał niższy stopień na koniec, nie dostał się do wymarzonego liceum, na studia – na pewno dużo szybciej zrozumiałby, kto tutaj ma największy interes.

Myślę, że w obecnym bałaganie, najlepiej wszystko zbudować od nowa. Zrobić badania, popytać uczniów, nauczycieli, rodziców… Skonstruować innowacyjny system, w którym młody człowiek na świat się będzie otwierać, a nie zamykać, pozwoli się mu na własną inicjatywę i doceniać się będzie jego postęp, a nie porównywać z dziwaczną skalą i małymi geniuszami. To będzie proces bolesny i kosztowny, ale skoro to ci ludzie, którzy teraz siedzą w szkolnych ławkach, są tymi, którzy będą budować świat – to jest to chyba jedna w najwłaściwszych inwestycji.

Autor: 
Magdalena Świniarska
Zagłosowałeś na opcję 'w górę'.
Polub Plportal.pl:

Reklama