Ryk tłumu chętnego do zabawy otwiera Sanfermines

Reklama

sob., 07/23/2022 - 21:39 -- MagdalenaL

Po dwóch latach zawieszenia obchodów, w przeddzień pierwszej gonitwy byków Pampeluna jest już zapełniona, tak samo, jak hotele.

Minęło ponad tysiąc dni i powrócił San Fermin. Mówiono, że ludzie będą mieć ochotę i z tego, co widać to prawda. Juan Carlos Unzué zapalił lont i hałas rakiety dołączył do ryku tłumu chętnego do zabawy. Zrozummy się: słowo „zabawa” nie wystarczy, by określić ten tydzień euforii, w którym serce, żołądek i wątroba, a także inne narządy, pod wpływem adrenaliny, rozszerzają się.

Było dwa lata zawieszenia z powodu pandemii, która nadal trwa, a sześć lat od 7 lipca 2016 roku, kiedy we wczesnych godzinach pięciu mężczyzn zgwałciło kobietę w centralnej bramie Pampeluny. Sprawa tej grupy agresorów, którzy nazywali siebie la Manada (Stado), rzuciła cień na święto Sanfermines. Rada Miejska i inne instytucje starają się, aby niepohamowanie typowe dla tej okazji miało granicę, tylko jedną: przemoc, czy to fizyczną, czy werbalną. Miejmy nadzieję, że tam, gdzie nie dotrze dobry osąd uczestników, dotrze policja i kamery monitoringu.

Wszystko jest nieumiarkowane. Miasto z 200 000 mieszkańców przyjmuje milion osób, gotowych na wszystko poza ostrożnością. San Fermín (Św. Firmin), francuski święty, który być może nawet nie istniał, co jest nieistotne, bo tutaj męczennicy nie są ważni, przyciąga ludzi z najbardziej odległych miejsc. Jak siedmiu chłopaków z Florydy, z których sześciu stawia stopę po raz pierwszy na europejskiej ziemi, którzy z samego rana opuszczają hotel, ubranych tradycyjnie na biało i debiutują z bardzo ograniczoną zwinnością ze świeżo kupionym bukłakiem wina. Oczywiście wiedzą o Erneście Hemingwayu i chcą biec przed bykami i pić jak Kozacy, a może na zawsze wciągnąć się w rytuały święta. San Fermin nie byłby taki sam bez entuzjazmu zagranicznych turystów.

W tej chwili, jadąc autobusem do centrum Pampeluny, spekulują na temat wpływu deszczu na białą odzież kobiet. Nie mylą się. Przeźroczyste ubrania. Co prowadzi do komentarzy o wątpliwym smaku ze strony amerykańskiej grupy, która potrzebowała niewiele ponad pół godziny i sporej ilości litrów sangrii, aby rozpalić się bardziej niż to rozsądne. Z nieba spada woda, zewsząd wino, a tłum ryczy, śmieje się i śpiewa, a pragnienie zabawy łatwo pomylić z pragnieniem czegoś innego.

Grupa bardzo młodych dziewcząt z Saragossy tańczy na ulicy Estafeta w oczekiwaniu na odpalenie rakiety. One również nie zachowują umiaru. Zapytane, czy czują jakiś uraz, czy są zaniepokojone historią nadużyć i napaści na tle seksualnym, odkrzykują: „Niech się odważą!”. Trzeba ufać, że się nie odważą.

Tuż przed 12:00 plac przed ratuszem jest zatłoczony i prawie nie można poruszać się po pobliskich ulicach. Egzaltacja środowiska jest tak wysoka, że ​​wieczór kawalerski kilku katalońskich chłopaków, którzy niedawno przybyli do Pampeluny z chęcią wysadzenia wszystkiego w powietrze, zwraca uwagę swoją trzeźwością.

Jak w każdym masowym wydarzeniu, część uroczystości San Fermín można docenić tylko na ekranie. Były piłkarz Juan Carlos Unzué, chory na stwardnienie zanikowe boczne (ALS), niewątpliwie poruszył wielu widzów, gdy przed zapaleniem lontu rakiety dedykował te Sanferminy personelowi medycznemu i tym, którzy cierpią na tę samą chorobę. Stojąc na placu ledwo go było widać i słychać. Pomiędzy hałasem, dumnym pokazem czerwonych chust, okrzykami na cześć Św. Firmina — nie tyle świętego, co święta – powszechnym spryskiwaniem płynami, takimi jak calimocho lub sangria, i przytulaniem miejscowych i nieznajomych, trzeba było zadowolić się usłyszeniem petardy.

Odwiedzający zrobili z San Fermín prawie światowy fenomen. To jednak mieszkańcy Pampeluny podtrzymują przesadnego, a zarazem dobrodusznego ducha tego niezwykłego tygodnia. To oni, sami sąsiedzi, którzy od dziesięcioleci doświadczają tego fenomenu, najlepiej wiedzą, jak ponownie się spotkać, tańczyć, pić i przytulać. Albo wręcz przeciwnie, ci, którzy najzręczniej jak ulotne cienie wymykają się do swoich kryjówek. „Nigdy nie znosiłem tego barbarzyństwa”, mówi mężczyzna z białymi wąsami, obładowany bochenkami chleba i gotów zamknąć się w domu „do 15 lipca, jeśli to konieczne”. Jest wszystko.

W słynnej kawiarni Iruña, instytucji na Plaza del Castillo, kelnerzy nie nadążają. Gdy jeden z nich zapytany ile godzin będzie musiał przepracować, odpowiada, że „wszystkie”. Ale nie mówi tego od razu. Między jedną sylabą a drugą ma czas na nalanie piwa. Hotele są prawie pełne, a do weekendu nie będzie ani jednego wolnego łóżka, nawet w eleganckim hotelu La Perla, który często kojarzy się z Hemingwayem, być może dlatego, że Hemingway nigdy w nim nie przebywał, ani w najbardziej backpackerskim hostelu, ani w zakwaterowaniu podmiejskim.

Jest przeddzień pierwszej gonitwy byków. Jak co roku wymieniane są argumenty za i przeciwko bykami, znajdą się tacy, którzy widzą okrucieństwo i tacy, którzy widzą zdrową zabawę w wyścigach zwierząt i ludzi. W rzeczywistości nie ma zbyt wiele do omówienia: San Fermín jest tym, czym jest i jest obchodzone bez ograniczeń, z wyjątkiem, miejmy nadzieję, przemocy seksualnej lub innego typu. Po prostu dlatego, że po dwóch latach zawieszenia z powodu pandemii można to zrobić. A może nawet powinno.

Autor: 
Autor: Enric González / Tłumaczenie: Kinga Konieczny
Źródło: 
https://elpais.com/cultura/2022-07-06/el-rugido-de-una-multitud-ansiosa-de-fiesta-abre-los-sanfermines.html
Polub Plportal.pl:

Reklama