Wsie z Chanszali walczą o przetrwanie: gołymi rękami przeciwko ogniu

Reklama

śr., 07/14/2021 - 00:50 -- MagdalenaL

Zdjęcie: Uratować życia, uratować drzewa, tak wygląda walka rozgrywająca się w sercu Dżabal al-Auras - jednego z najbardziej zielonych regionów

Drogi Chanszali są zatłoczone jak nigdy dotąd. Strażnicy, żandarmi, policja, strażacy, medycy, żołnierze i obywatele w każdym wieku przygotowują się do walki, aby zgasić jedną z największych katastrof, jakie kiedykolwiek widział ten region.

„Dżabal al-Auras się pali!”. Przekazywane przez media i sieci społecznościowe wezwanie o pomoc, które brzmiało bardziej jak okrzyk wojenny lub okrzyk mobilizacyjny, rzuciło na drogi Aïn Mimoun, Tamzy, Bouhamamy i innych obszarów Chanszali tysiące mężczyzn uzbrojonych jedynie w swoją odwagę, a nie w zwykłą łopatę czy skromny kilof. Przybyli ze wszystkich zakątków Dżabal al-Auras, jak i z całej Algierii, w celu walki z ogniem.

Bardzo często przybywają z gołymi rękami. Docierają na miejsce pełnymi autokarami, ciężarówkami, na traktorach lub motocyklach, własnym pojazdem lub po prostu pieszo. Próbując ocalić to, co jeszcze można by było ocalić z tych gór, które były świadkami ich narodzin jak i walki o wolność ich przodków.

Uratować drzewa, uratować życia, tak wygląda walka, która rozgrywa się już od trochę ponad tygodnia w sercu Dżabal al-Auras jednego z najbardziej zielonych i zalesionych regionów.

Drogi Chanszali są zatłoczone jak nigdy dotąd. Strażnicy, żandarmi, policja, strażacy, medycy, żołnierze i obywatele w każdym wieku przygotowują się do walki, aby zgasić jedną z największych katastrof, jakie kiedykolwiek widział ten region. Jak podczas prawdziwej wojny, są tacy, którzy idą na front i tacy, którzy z niego wracają.

Są wyczerpani, całe ich ciała czarne od popiołu. Wyciągnięci w cieniu sosny Aleppo lub jałowca, w miejscach odpoczynku utworzonych buldożerami wzdłuż dróg. Próbują odzyskać siły, jedząc kanapkę i nawadniając się przez długi czas z butelką wody w dłoni. Przyjeżdżają i odchodzą tuzinami.

Armia wolontariuszy

Żołnierze ognia, na których wsparcie pracuje istna armia ochotników. Logistyką zajmują się tysiące obywateli, którzy dostarczają żywność i napoje o każdej porze dnia i nocy. Tankowanie przyjeżdża bez przerwy samochodami dostawczymi lub ciężarówkami. Każdy oferuje to, co ma, co posiada.

Starszy obywatel przybywa z około dwudziestoma wciąż gorącymi naleśnikami i dwiema puszkami serwatki. „Proszę, podzielcie się tym” - powiedział do jednego z wolontariuszy leżących na podłodze. „Pożar był w odległości około dwudziestu kilometrów, a po kwadransie zostaliśmy otoczeni ze wszystkich stron. Wciąż nie rozumiem, jak to się stało” – mówi Berrahaïl Saïd, młody rolnik, którego poznałem w Aïn Guelmam, niedaleko Tamzy.

Wyraźnie wciąż w szoku, próbuje ująć w słowa koszmar, który przeżył i który wciąż rozwija się przed jego oczami zaczerwienionymi od popiołu i żaru. „Widzi pan rezultaty. Sad z 1300 drzewami owocowymi poszedł z dymem. Mieliśmy wszystko: jabłonie, morele, grusze, drzewa oliwne i w ciągu kilku chwil wszystko zostało pożarte przez ogień. To było jak horror. Niech pan sam zobaczy, nic nie zostało” - powiedział, wskazując na zwęglone drzewa usłane spalonymi owocami.

„Najbardziej boli to, że ten pożar mogliśmy łatwo opanować, ale nie mamy prądu. Jest rok 2021, a my wciąż nie zostaliśmy podłączeni do sieci. Ale proszę spojrzeć, linia jest sto metrów dalej, nie więcej. Gdybyśmy mieli elektryczność, pompowalibyśmy z naszych stawów i oszczędzali to, co istotne. Bez mocy, zostaliśmy zmuszeni, by tylko patrzeć, jak lata wysiłków idą z dymem. Najważniejsze, że nasze życie zostało uratowane" - mówi Said, który został poparzony na twarzy i ramieniu, gdy próbował ratować co się dało.

„Tutaj nawet zwierzęta się spaliły…”

„Mogę panu powiedzieć, że władze przez cały czas były nieobecne. Przyjechała Obrona Cywilna, ale bez środków nie mogli nic zrobić, tylko patrzeć, jak ogień się rozprzestrzenia. Zrzucam odpowiedzialność na tych, którzy rządzą w Algierze. Nigdy nie zapewnili potrzebnych zasobów. Kiedy nie ma się nawet elektryczności dla tak dużej inwestycji rolnej, rozumie się, jak bardzo byliśmy zepchnięci na margines.

Jesteśmy tymi szarymi obszarami, o których mówi prezydent. Tutaj nawet zwierzęta zostały spalone. Zostali tylko ludzie bez środków do życia" - mówi Said, jego głos jest pełen goryczy i złości.

„Trzeba było wytyczyć szlaki i podzielić las na działki. Nie zrobiono tego. Las ten spłonął już w 1957 roku podczas rewolucji. Odrastanie zajęło mu od 60 do 70 lat. Jak długo będziemy musieli czekać, aż odrośnie?” dodaje Saïd, którego wzrok gubi się w oddali na grzbietach, na których widać już tylko zwęglone drzewa i dywany popiołu unoszone przez wiatr w wirach.

W Ighzer n Tamza buldożery pracują przy przecinaniu torów, a leśnicy wycinają drzewa. Dziesiątki pojazdów wypełnionych żandarmami przyjeżdżają i odjeżdżają. W okolicy zapowiadani są ministrowie.

Minął tydzień, odkąd zamknął swój sklep, aby pomóc strażakom. Kamel Saïhi, pracownik socjalny w Kaïs, chętnie oddaje hołd zwykłym ludziom. "Ikether khir echaab! (Niech Bóg błogosławi ludzi!) Nie mamy houkoumy. Jest tylko lud, jego wysokość lud!" - mówi Kamel. „Strażacy przybyli już pierwszego dnia”.

Nie da się zaprzeczyć, ale ich limitem jest smoła. Nigdy nie wykraczają poza ten zakres. Nie można ich winić, nie mają środków i nie chcą ryzykować życia swoich ludzi. Poza tym nie towarzyszyli im miejscowi mężczyźni znający teren, którzy mogliby ich poprowadzić. Muszę powiedzieć, że ludzie przyjeżdżali z całego świata, aby pomóc, zaoferować swoją broń, swój czas lub pieniądze.

„Wielu ludzi straciło swoje domy, sady czy zwierzęta hodowlane. Są biedni ludzie, którzy stracili wszystko. Niektórzy widzieli, jak na ich oczach płonęło stado owiec, które zamierzali sprzedać na Eid" - powiedział Kamel Attia, prezes stowarzyszenia charytatywnego Nass Tamza Mazal Lkhir. Minął tydzień, odkąd z tamy w Kaïs wybuchł pożar, a jego płomienie przeskakiwały jak pchły z jednego kąta w drugi.

„Nie o kilkaset metrów. Nie. Jak ten ogień przeskakiwał z jednego miejsca na drugie, czasem o wiele kilometrów, tego nigdy nie rozgryźliśmy!" - powiedział, dając do zrozumienia, że za tym pożarem, który rozprzestrzeniał się w tak dziwaczny sposób, mogły stać ręce przestępców.

„To co jest dla nas ważne, to nasz las”

Z Bouhamama, bardzo zielonego miasteczka, położonego u podnóża góry Chelia i znanego jako narodowa stolica jabłek, widzimy kilka kolumn dymu unoszących się w powietrze.

Części góry są częściowo lub całkowicie wypalone w zależności od charakteru terenu. Helikopter Obrony Cywilnej przylatuje i odlatuje z ładunkiem, który wydaje się być za mały w porównaniu z rozmiarem zniszczeń. Niektóre pożary wybuchają ponownie po przerwie.

Fares Aïchi, prezes lokalnego stowarzyszenia paralotniarzy Ifriwen n Dihya, był obecny od pierwszego dnia pożaru, podobnie jak wszyscy członkowie jego stowarzyszenia. „Na początku, 4 lipca, byliśmy sami, próbując opanować pożar łopatami, a nawet gołymi rękami”.

„Rzucaliśmy ziemię na płomienie, żeby je ugasić. Straż leśna i elementy Obrony Cywilnej też tam były, ale często jako widzowie. Piątego dnia przybyło wojsko z bykami i posiłkami. Oni również powiedzieli, że nie otrzymali instrukcji, aby zająć się ogniem. Niech żyje naród! Muszę powiedzieć prawdę: to dzięki ludziom, którzy są tutaj tysiącami, wygrywamy walkę z ogniem" - powiedział.

Po krótkim odpoczynku Fares wraca z przyjaciółmi do ognia. „Wie pan, dla tych wszystkich ludzi, których pan widzi, liczy się las. Jest to bezcenne dobro, które należy do wszystkich”.

„Jest to również ziemia, na której wywalczono naszą wolność i niepodległość. Sad, w ciągu kilku lat, może być przesadzony, to nie jest problem. Jeśli stracę 500 drzew owocowych, mogę przesadzić 1000 lub 2000. Z drugiej strony, jeśli las spłonie, jeśli te stuletnie cedry spłoną, miną dziesiątki lat, zanim wyrosną na nowo... I znowu!" - mówi Fares. Tak jak Fares, są tysiące ludzi, którzy dają z siebie wszystko, którzy ryzykują życie dla tej ziemi, za którą poświęcili się ich przodkowie.

Autor: 
Djamel Alilat, tłum. Olga Kij
Źródło: 
https://www.elwatan.com/edition/actualite/a-mains-nues-contre-le-feu-10-07-2021
Polub Plportal.pl:

Reklama