Telefony, telefony...

Reklama

śr., 04/08/2020 - 13:02 -- koscielniakk

Co prawda nie o takich telefonach śpiewał nieodżałowanej pamięci Grzegorz Ciechowski. Telefony zaufania... Mnóstwo ich - dość wpisać odpowiednie hasło w internetowej wyszukiwarce, aby móc wybrać. No właśnie, czym kierować się przy takim wyborze? Zadałem sobie trud sprawdzenia kilkunastu numerów, oferujących wszelkiego rodzaju werbalne (jak się okazało - nie tylko werbalne), wsparcie osobom zmagającym się z życiowymi problemami, lub przeżywającymi osobisty kryzys czy wręcz załamanie. Wbrew pozorom nie wszędzie dzwoniący może liczyć na empatię rozmówcy czy w ogóle życzliwe traktowanie, o zrozumieniu nie wspominając. We wszelkich uchybieniach i niegrzecznościach wobec człowieka w kryzysie emocjonalnym prym wiodą (o dziwo!), pracownicy pozornie wysoko wykwalifikowani, specjaliści, głównie psycholodzy, dyżurujący pod telefonem zaufania w tzw. Ośrodkach Interwencji Kryzysowej. Zniecierpliwienie, opryskliwość, naiwne komentarze, wreszcie niczym nieuzasadnione alarmowanie służb porządkowych, przypominające działanie ''na alibi'' - tym przede wszystkim nacechowana jest, z pozoru szlachetna praca, przeważnie pań, dyżurujących w kilku ''przetestowanych'' przeze mnie Ośrodkach.


     ''Nikt nie zasługuje na Twoje łzy a ten, kto na nie zasługuje - na pewno nie doprowadzi Cię do płaczu''.
     Ślicznie, prawda? Ta sentencja, zaczerpnięta z myśli latynoskiego pisarza, Gabriela Garcii Marqeza, stanowi motto pracy zamojskiego Ośrodka Interwencji Kryzysowej, a zatem, jak mniemam, także pani psycholog, dyżurującej w ichnim telefonie zaufania, powinna przyświecać. Zadzwoniłem.
     - Czuję się samotny, niespełniony zarówno w sferze zawodowej jak i prywatnej. Nie widzę sposobu, aby ten stan zmienić. Jakiś czas temu brałem pod uwagę samobójstwo. Teraz oczywiście takich myśli nie mam, ale nie widzę też sensu, aby moje życie trwało w tej postaci - tymi słowy przedstawiłem ''swój'' problem młodej kobiecie, która podniosła słuchawkę.

     - Ale czego właściwie pan ode mnie oczekuje? My tutaj nie prowadzimy kącika porad życiowych. Nie powiem panu co zrobić, aby odmienić swoje życie...
     Jej słowa przypominały kule, wylatujące z broni automatycznej. Wyjątkowo fertyczna, młoda kobieta, między 30 a 40 rokiem życia. Typowy produkt trwającej od kilkunastu lat mody na studiowanie psychologii, powodującej napływ do tego specyficznego zawodu ludzi zupełnie nie przystających do owej specyfiki. Niegrzeczna. Zniecierpliwiona, jakbym przeszkodził jej w malowaniu paznokci. Tłumaczyłem, że czuję się jakby w sytuacji bez wyjścia, nie umiem sobie z tym poradzić. Riposta pani psycholog była tyleż głupia, ile nawet nieodpowiedzialna.
     - Dojrzały chłop i nie potrafi sam rozwiązać swoich problemów - może nie dosłownie, ale taki był kontekst jej ''porady''. Gdy już straciłem nadzieję na życzliwe słowo otuchy, życzyłem miłego dnia, co przyjęła z dosłyszalną ulgą i natychmiast zakończyła połączenie. No zgroza! Tej pani chyba nie układa się z mężem, który może być w podobnym do mnie wieku, więc zapłaciłem za niego ''rachunek'' - tak wówczas pomyślałem.
     Nie zrażony - próbowałem dalej. Konwersacja z panią psycholog z Zamościa nie należała do przyjemnych - teraz rzeczywiście potrzebowałem słowa pocieszenia. 

     Trafiłem na ogłoszenie jakiegoś Centrum Wsparcia. Organizacja powstała na wzór europejski i finansowana jest w oparciu o środki unijne. Zacząłem od tej samej ''zajawki''. Nie spełniona miłość, zmarnowane lata życia a obecnie samotność i niemożność pogodzenia się z takim stanem rzeczy. Prosiłem o jakąś poradę i dobre słowo. Tym razem głos w słuchawce był przyjemny. Bez oznak zdenerwowania, jego posiadaczka była życzliwie nastawiona, brakowało może jedynie większego zaangażowania. Pani psycholog sprawiała wrażenie osoby nieco znudzonej, jedyne co miała do zaoferowania, to dane instytucji pomocowych w moim miejscu zamieszkania. Wysłuchała mnie, wtrącając sporadycznie swój obojętny komentarz; po kilkunastu minutach informując bezceremonialnie, że nie możemy dłużej rozmawiać ponieważ ten numer telefonu nie służy do podobnych konwersacji. Nie pomogło moje zapewnienie, iż taka forma wsparcia jest właśnie tym, czego potrzebuję i co poprawia moje samopoczucie. - Proszę udać się do wskazanych przeze mnie organizacji w pana miejscu zamieszkania - tymi słowami ucięła dyskusję, nie przewidując sprzeciwu. Skapitulowałem.

     Zawiodłem się po raz kolejny. Wyobrażam sobie nastrój człowieka w autentycznej potrzebie, trawionego prawdziwym kryzysem emocjonalnym, odsyłanego co rusz gdzie indziej. Spychanego na coraz węższy margines istnienia przez kolejnych specjalistów, pełniących dyżury w podobnych miejscach. Skąd ta bezduszność i to u pozornie kompetentnych ludzi, którzy doskonale czuć powinni oczekiwania zdesperowanych rozmówców? Na stronie Centrum Wsparcia widnieje jak wół: ''Czujesz się przygnębiony? Przeżywasz kryzys emocjonalny? Nie chce ci się żyć? Zamartwiasz się stanem swego zdrowia? Nie dajesz sobie rady z codziennością''? Jeszcze kilka podobnych okoliczności tam wymieniono. ''Gotowi jesteśmy do wysłuchania, zrozumienia i akceptacji'' - zapewniają napisy końcowe...

     Wysłuchano mnie, fakt, choć nie do końca. Widać byłem zbyt nudny, nie potrafiłem dyżurującej pani dostatecznie zaabsorbować, może rozbawić? Ale, na Boga, przedstawiałem się jako człowiek, przeżywający emocjonalny kryzys, czegóż więc oczekiwała? Że będę ją zabawiał? Raz tylko pani psycholog zdecydowanie się ożywiła. Kiedy napomknąłem coś, że w zasadzie nie mam po co żyć i kto wie, czy nie lepiej byłoby się zabić. Jakby na to czekała. Poczęła podejrzanie wnikliwie drążyć temat, toteż z myśli samobójczych szybko się wycofałem, jakby przewidując, że niczego dobrego nie wróży jej gwałtowne zainteresowanie. Doświadczenia z kolejnych wybieranych numerów boleśnie potwierdziły moje obawy. A więc w Centrum Wsparcia wysłuchano mnie przynajmniej, natomiast czy zrozumiano i zaakceptowano? Raczej nie. Widać nie zasłużyłem. Stary chłop i takie problemy? Wstyd! Dla mnie współczucia nie przewidziano. Trudno. Jedziemy dalej. Przecież się nie zabiję.

     W Krakowie tamtejszy Telefon Zaufania obchodził właśnie jubileusz czterdziestolecia funkcjonowania. Z ogłoszenia wynikało, że również tam liczyć można na pomoc psychologa. Postanowiłem sprawdzić, jak też się miewa niemal mój rówieśnik? - Halo, telefon zaufania? Tak? Mam problem, właściwie nie wiem, po co żyję? Taki jestem ogólnie rozbity, przytłacza mnie świadomość zmarnowanych lat - trzymałem się konsekwentnie obranej wersji, jakbym zeznawał przed sądem.

     Z drugiej strony - wpierw lekka konsternacja - może brzmiałem mało przekonywująco? Mówiłem szybko, płynnie, powtarzałem wszak dobrze już wyuczoną frazę. Głos w słuchawce należał do młodziutkiej dziewczyny. Rezolutnej, pewnej siebie, życzliwej, co stanowiło korzystną odmianę w zestawieniu z wcześniejszymi doświadczeniami. - Chętnie z panem porozmawiam, po to tutaj jestem, niech się pan tak nie zamartwia, proszę mi coś o sobie opowiedzieć - czuć było szczerą empatię i życzliwość w tym głosie. Chyba wreszcie trafiłem na fachowca bez uprzedzeń i pogardy dla rozmówcy. Z tą młodą panią naprawdę świetnie się gaworzyło. Przegadaliśmy prawie godzinę, wymieniając poglądy na szereg kwestii; przypominało to pogawędkę przyjaciół. Nie uniknąłem oczywiście wyjawienia powodów obniżonego nastroju i w tej materiii też się nie zawiodłem. Porady rozmówczyni znamionowały faktycznie pełne zrozumienie a sugestia, że w każdym wieku życie można zacząć jakby od początku, wlała w me serce autentyczną otuchę. Uwierzyłem, że może warto coś zmienić. Joasia, bo tak miała na imię, okazała się być właściwym człowiekiem we właściwym miejscu.

     Na początek postanowiłem się wykąpać i ogolić. Żar spadający z nieba tego lata był zabójczy. Nic więc dziwnego, że zmęczyły mnie te przejawy wsparcia nie zawsze sympatycznych pań, dyżurujących pod wybieranymi numerami telefonów. Świeżuteńki, rześki - postanowiłem jeszcze posłuchać rady pani psycholog z Centrum Wsparcia i spróbować owo wsparcie uzyskać w lokalnym, tarnowskim Ośrodku Interwencji Kryzysowej. Nieprzypadkowo, opisując przebieg eksperymentu, najlepszy ''kwiatuszek'' zostawiłem sobie na koniec. Anons tej placówki w lokalnej prasie dawał gwarancję, iż uzyskam tam wszelką pomoc i najdalej idące pokrzepienie.

     ''Czynny całą dobę. Pomoc we wszystkich sprawach bez skierowania, bezpłatnie, dla wszystkich, którzy w kryzysie nie mogą rozwiązać własnych problemów życiowych''. Tego akurat szukałem! Stuk, stuk w klawisze telefonu i po chwili słyszę rozczulające pytanie, którego tak bardzo brakowało przy okazji kilku poprzednich prób. - Jak się pan czuje?

     Taki przejaw troski, dającej się zauważyć również w starannie modelowanym głosie młodej pani psycholog - tego potrzebuje zapewne każdy zdołowany człowiek, decydujący się szukać pocieszenia. Dobra nasza - idę na całość! Mówię jej, że już nie mogę dłużej tak żyć. Nie potrafię pogodzić się z przemijaniem, z beznadziejnością swego istnienia. Że chyba się zabiję, bo innego wyjścia nie widzę. Pani psycholog, jakaś Kasia czy Iwonka, zna się na swojej robocie. Wyczuwając moje roztrzęsienie, inicjuje spokojny dialog, mający na celu odwrócenie moich myśli od spraw ostatecznych. Rozmowa jest długa, ogólnie przyjemna, w pewnym momencie podkreślam, wzruszony, jakie to dla mnie ważne, że jest ktoś, kto autentycznie i bezinteresownie tak się o mnie troszczy. Tamta pomyślała chyba, że zaraz się rozpłaczę. Poinformowała, że w Ośrodku przyjmują tylko mieszkańców miasta, ale zrobią dla mnie wyjątek mimo, iż nie spełniam tego warunku, ponieważ sytuacja jest poważna.

     Zrozumiałem, że ''przegiąłem''. Począłem się wycofywać; w końcu życzyliśmy sobie dobrej nocy i... odetchnąłem z ulgą. Są jednak dobrzy ludzie na tym świecie - pomyślałem, układając się do snu. Taka miła, sympatyczna dziewczyna i przez całą noc musi czuwać, wysłuchując zwierzeń zgnębionych obywateli. Biedactwo... No i co z tą wizytą? Trzeba będzie pójść i wyjaśnić w czym rzecz.

      Rzeczywistość wkrótce pozbawiła mnie powyższych dylematów. Nie zdążyłem jeszcze wpaść w objęcia Morfeusza, gdy z półsnu wytrącił mnie gwałtowny dzwonek. Co za diabeł o tej porze? Zwlokłem się rozespany z łóżka, otwieram i ... oczom nie wierzę. Dwóch mundurowych w asyście kolejnej cudacznej pary - ekipy pogotowia. Czerwone uniformy tych drugich przywodzą na myśl krasnali, ale to nie bajka! Wszyscy oni napierają do środka i wyjaśniają cel swego przybycia. Pani psycholog z Ośrodka Interwencji Kryzysowej uznała, że należy mnie ratować, zatem powiadomiła stosowne służby. No masz ci los! Tłumacz teraz, że była wyłącznie obiektem eksperymentu! Tłumaczyłem - błąd. Czuć było ode mnie alkohol, gdyż zmęczone gardło wymagało nawilżenia zimnym piwem. - Proszę się ubrać, pojedzie pan z nami! - kierujący ekipą pogotowia zakomunikował, a marsowe miny dżentelmenów w niebieskich mundurkach potwierdzały, że nie był to żart.

     Nie było rady - pojechałem! Na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym spędziłem kilka godzin. Okropne doświadczenie, koszmar po prostu! Tak kończy się odkrywanie nowych lądów. Wyszedłem nad ranem. Pouczające doznanie. Teraz już tylko do psychoanalityka? A może wcześniej na coś ''mocniejszego''? Szukałem pomocy - no to ją otrzymałem! W pełnym zakresie! Poza tym wszyscy zdrowi...
     Telefony, telefony...

Autor: 
Jacek Zyguła
Źródło: 
materiał własny
Polub Plportal.pl:

Reklama