POLITYCY WMAWIAJĄ NAM, ŻE POLACY NIE DOJRZELI DO POSIADANIA BRONI

Reklama

sob., 07/11/2020 - 20:46 -- zzz

Mem pokazuje złośliwie uśmiechniętą dziewczynkę. W tle dopala się dom, dookoła niego kręcą się strażacy. Podpis głosi: „Sąsiad powiedział, że nie potrzebujemy broni, bo w razie włamania możemy zadzwonić na policję. Wczoraj schowałam mu jego gaśnicę, bo przecież w razie pożaru może zadzwonić po straż”.

W ten lapidarny sposób autorowi mema udało się ująć jedną z najważniejszych prawd, dotyczących broni: w krytycznym momencie, choćby tylko raz w życiu, broń może jego posiadaczowi lub komuś postronnemu uratować życie. Broń wyrównuje szanse. Gdy praworządny obywatel staje oko w oko z bandytą, takich szans zwykle nie ma lub są one niewielkie. Bandyta, choćby był wyposażony jedynie w pałkę albo nawet gołe ręce, jest z nawyku agresywny, przyzwyczajony do fizycznych ataków na innych. Praworządny obywatel – absolutnie nie, dlatego od razu jest na przegranej pozycji, jeśli nie ma czym się bronić i jeśli nie ma pod ręką niczego, co dodawałoby mu pewności siebie. Nie mówiąc już o sytuacji, gdy naprzeciwko niego staje nie jeden, ale kilku bandytów. Można oczywiście uznać, że najlepszym sposobem jest wypełnianie żądań agresora i całkowita uległość. Może czasem nas to uratuje, może nie. Powinien to być jednak nasz wybór, a nie przymus wynikający z tego, że odmawia się nam prawa do posiadania broni. Gdy jednak mówimy o ratowaniu cudzego życia, dla nieuzbrojonego człowieka jedynym wyborem jest bierność i telefon na policję. Do momentu, gdy ta się pojawi, zaatakowany może już nie żyć.

Broń wyrównuje szanse

Mitem jest – co powtarzają przeciwnicy posiadania broni – że broń w rękach ofiary wywołuje jedynie większą agresję bandytów. To nieprawda: broń jest jedynym czynnikiem, który wyrównuje szanse. W każdej innej sytuacji bandyta ma prawo sądzić, że ofiara jest słabsza od niego, a to jedynie wzmoże jego agresję. Stąd niezliczone filmy – głównie pochodzące z USA, bo tam broni w prywatnych rękach jest najwięcej – pokazujące, jak przestępcy uciekają na widok wycelowanej w nich lufy. Co ważne: amerykańskie statystyki użycia broni nie uwzględniają ogromnej liczby przypadków skutecznej samoobrony, w których broń nie została użyta – została jedynie pokazana. To wystarczyło, żeby odstraszyć napastnika. Tak jak w przypadku Marka i Patricii McCloskey, małżeństwa prawników z Saint Louis, którzy niedawno uzbrojeni wyszli przed swój dom, żeby ochronić go przed protestującymi pod szyldem Black Lives Matter. Policji ani ochrony nie było w pobliżu. Nie musieli strzelać – podziałał sam widok broni, a małżeństwo zyskało wsparcie wszystkich, którym droga jest Druga Nowela konstytucji USA: „Ponieważ dobrze zorganizowana milicja jest niezbędna dla bezpieczeństwa wolnego państwa, prawo ludzi do posiadania i noszenia broni nie ulegnie naruszeniu”. Państwo McCloskey najprawdopodobniej działali zgodnie z prawem stanu.

Podziękowania zamiast aktu oskarżenia

Ale mnóstwo jest też przykładów, gdy broń została użyta i uratowała komuś zdrowie i życie. Listopad 2016 r., Dean Bardes, zastępca szeryfa z powiatu Lee na Florydzie, ściga autostradą 53-letniego Edwarda Strothera. Gdy zatrzymuje uciekającego, ten atakuje go, powala na ziemię, siada na policjancie okrakiem i zaczyna go okładać pięściami. Z pomocą przychodzi Ashad Russell, mający pozwolenie na noszenie ukrytej broni (w wielu stanach USA to odrębny rodzaj pozwolenia). Russell najpierw wzywa napastnika, żeby odsunął się od funkcjonariusza, a gdy ten nie reaguje – strzela do niego trzykrotnie. Bandyta umiera później w szpitalu. Nie trzeba dodawać, że tego typu działania w Stanach Zjednoczonych oznaczają – inaczej niż byłoby to w Polsce – nie prokuratorski akt oskarżenia, ale podziękowania i pochwały.

Czerwiec 2019 r., policjantka Jasmine Diab wiezie zatrzymanego Jameya Griffina do ośrodka zdrowia na badania psychiatryczne. Ten w pewnym momencie sięga po jej broń, w aucie pada strzał. Funkcjonariuszka zostaje ranna. Z pomocą przychodzą przypadkowi świadkowie. Jeden z nich ma broń. Podchodzi do policyjnego auta, celując w napastnika, wyciąga go z samochodu, pozostali pomagają funkcjonariuszce. Gdyby nie pomoc uzbrojonego nieznajomego, kobieta prawdopodobnie by nie przeżyła.

Czerwiec tego roku, miasteczko Rome w stanie Nowy Jork. Do domu zamieszkanego przez rodzinę z trzyletnim dzieckiem włamuje się uzbrojony mężczyzna. Natknąwszy się na mieszkańców, uderza kobietę kilka razy, po czym zabiera się za przeszukiwanie pomieszczenia. W sytuacji orientuje się sąsiad. Zjawia się, uzbrojony w strzelbę. Gdy napastnik mierzy do niego ze swojej broni, sąsiad strzela. Włamywacz ucieka.

 

 

Te opowieści można by mnożyć i zapełnić nimi gruby tom – siłą rzeczy najwięcej jest takich historii w Stanach. Gdy myślimy o Europie, moglibyśmy raczej zadać sobie pytanie, kogo udałoby się uratować, gdyby na miejscu znaleźli się dobrzy ludzie z bronią. Być może Anders Breivik nie zabiłby 69 osób na wyspie Utoya, gdyby natknął się na choć jedną uzbrojoną osobę. Być może w zamachu terrorystycznym przeprowadzonym przez islamskich radykałów w 2015 r. w Paryżu nie zginęłoby 137 osób, gdyby na drodze zabójców pojawił się ktoś uzbrojony. Jak na ironię, to ten zamach zmobilizował Komisję Europejską do wysmażenia dyrektywy o broni, firmowanej przez Elżbietę Bieńkowską, uderzającej w legalnych posiadaczy, choć napastnicy posługiwali się bronią przemyconą z Bałkanów, na którą oczywiście żadnych pozwoleń nie mieli.

Nieracjonalny lęk przed bronią

To tylko część opowieści o posiadaniu broni. Druga jej część, pogodniejsza, to ta, że broń jest jedynie narzędziem, a służyć może nie tylko do zabijania. Strzelectwo jest na całym świecie hobby, którym zajmują się miliony ludzi. Uczy opanowania, samokontroli, dyscypliny. W Polsce legalni posiadacze broni, których jest około 224 tys. (dane na koniec 2019 r.), są jedną z najbardziej zdyscyplinowanych grup obywateli.

Warto jednak zadać sobie pytanie, jak to się stało, że Polska – kraj, w którym tradycja posiadania broni jest częścią narodowego dziedzictwa – jest obecnie najsłabiej nasyconym bronią państwem w Europie, a ogromna część obywateli cierpi na hoplofobię, czyli nieracjonalny lęk przed bronią. Nie analizując statystyk, nie znając prawa, nie mając z bronią nigdy do czynienia, powtarzają bezmyślnie, że „broń w prywatnych rękach to masakry na ulicach”. Po czym z wielkim zaskoczeniem dowiadują się, że w prywatnych rękach jest dzisiaj w naszym kraju ok. 547 tys. sztuk broni, a do tego trzeba doliczyć mniej więcej drugie tyle sztuk broni czarnoprochowej, która na razie dostępna jest bez pozwolenia i rejestracji (obowiązującej np. przy broni pneumatycznej). Jednocześnie liczba przestępstw popełnianych przy użyciu broni przez jej legalnych posiadaczy (to bardzo ważne: przez legalnych, zweryfikowanych posiadaczy) jest absolutnie marginalna.

Wszyscy na naszym kontynencie są bardziej uzbrojeni niż Polacy. Według najbardziej miarodajnego badania Small Arms Survey u nas na stu mieszkańców przypada 2,51 sztuki broni. W Czechach to 12,53, w Słowacji – 6,53, na Litwie – 13,59, w Estonii – 4,96, w Niemczech – 19,62, we Francji – 19,61, na Węgrzech – 10,45, w Hiszpanii – 7,62, w Norwegii – 28,82, w Szwecji – 23,14, nawet w skrajnie rozbrojonych Anglii i Walii to 4,64.

Kiedy słyszę, jak politycy mówią, że „Polacy nie dojrzeli do posiadania broni”, nóż otwiera mi się w kieszeni. Wszyscy inni, w tym inne nacje Europy Środkowej, dojrzały, tylko my nie?! Obśmiewani przez Polaków za swój pacyfizm Czesi wpisują właśnie do konstytucji prawo do posiadania broni i umieszczają tam zapis, że uzbrojeni obywatele mogą powstrzymywać terrorystów – tak aby nie dotyczyła ich unijna dyrektywa broniowa.

Zaciągnąć hoplofoba na strzelnicę

Gdy tylko zaczyna się rozmowa o posiadaniu broni w Polsce, natychmiast pojawiają się dwa wątki – oba fałszywe. Pierwszy to straszne opowieści o sytuacji w USA. Tyle że wygłaszający frazesy o codziennych strzelaninach po pierwsze nie znają amerykańskiego prawa, po drugie – statystyk. Amerykańskie ustawodawstwo w sprawie broni jest specyficzne, zresztą różne w każdym stanie, i nikt nie chce go kopiować na polski grunt. Nikt w Polsce nie chce „powszechnego dostępu do broni” albo handlu pistoletami w najbliższym supermarkecie. Amerykańskie statystyki zaś są przytaczane w sposób skrajnie mylący. Nie pokazują na przykład tego, że większość strzelanin to te między gangami, których przeważająca część ma miejsce w dosłownie kilkunastu miejscach w USA. Najmniej jest ich tam, gdzie obywatele mają najszersze prawo do noszenia broni. Masowe strzelaniny zaś najczęściej zdarzają się tam, gdzie obowiązuje zakaz wnoszenia broni: na uniwersytetach, w szkołach, w parkach. Analizowaniem danych i wskazywaniem, jak manipulują nimi przeciwnicy posiadania broni, zajmuje się od lat autor bardzo ciekawej strony internetowej hoplofobia.info.

Drugi wątek to postulaty dotyczące dostępu do broni w Polsce. Przeciwnicy broni zwykle nie mają pojęcia o obowiązującym prawie, w tym o jego wadach i lukach, lecz równie mało wiedzą o alternatywnych propozycjach. A te w poprzedniej kadencji Sejmu miały nawet kształt gotowego projektu ustawy. Cel środowisk strzeleckich jest jeden: doprowadzić do sytuacji, gdy z systemu pozwoleń zostanie usunięta uznaniowość, tak aby każdy obywatel, który spełni obiektywne kryteria (nadal obejmujące niekaralność czy odpowiedni stan zdrowia, w tym psychicznego) mógł broń posiadać. Nie wchodząc w szczegóły – autorzy wspomnianego projektu zakładali nawet, że posiadacz broni nie mógłby jej od początku nosić (noszenia broni nie należy mylić z przenoszeniem) – pozwolenie na noszenie broni uzyskiwałoby się dopiero z czasem. Nie mówimy więc o liberalizacji dostępu do broni, ale o jego racjonalizacji.

 

 

Problem w tym, że jak w wielu innych sprawach, tak i tu rządzi nie rozsądek, ale bezrozumna emocja, która każe ludziom wzdragać się na sam dźwięk słowa „broń”. Dobra nowina jest taka, że zwykle gdy uda się hoplofoba zaciągnąć na strzelnicę, wychodzi z niej z przekonaniem, że broń nie jest niczym strasznym, a strzelectwo to wspaniała zabawa.

Autor: 
Łukasz Warzecha
Źródło: 
polsatnews
video: 
Polub Plportal.pl:

Reklama